przemysł kulturowy, biznes muzyczny, ekonomia kultury, muzyka popularna, media, fonografia, ekonomia własności intelektualnej, zarządzanie kulturą, marketing muzyki, netlabel, mp3 blog, popular music studies
środa, 02 października 2013
Raport dotyczący funkcjonowania elektronicznego rynku treści muzycznych w Polsce jest już dostępny

Raport dotyczący funkcjonowania elektronicznego rynku treści muzycznych w Polsce, który przez kilka miesięcy przygotowywałem dla Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego jest już dostępny. Można go ściągnąć m.in. ze strony prawoautorskie.gov.pl.

Mimo tego, że media zauważyły głównie znane już z innych źródeł ciekawostki (np. dotyczące wzrostu przychodów ze streamingu oraz sukcesów finansowych zespołu Weekend), znaczna część raportu dotyczy przygotowywanej Dyrektywy UE w sprawie zbiorowego zarządzania. O tych przepisach będę pisał na blogu więcej bo są to bardzo ciekawe zagadnienia.

Miłej lektury!

czwartek, 15 listopada 2012
Warto przeczytać: Philippe Aigrain - Dzielenie się. Kultura i gospodarka epoki internetu

Na stronie Prawo Kultury (którą przy okazji polecam) znalazłem polskie tłumaczenie książki Philippe Aigraina (napisanej przy współpracy Suzanne Aigrain) "Sharing. Culture and the Economy in the Internet Age". Po polsku nosi ona tytuł "Dzielenie się. Kultura i gospodarka epoki internetu". Publikację dokładnie przejrzałem kiedyś po angielsku, w związku z czym z pełnym przekonaniem mogę ją polecić tym, którzy są zainteresowani tematami własności intelektualnej w sieci, dzieleniem się treściami online, etc.

Oto cytat ze wstępu, dobrze oddaje on tematykę poruszoną w książce:

"Książka poświęcona jest udostępnianiu i współdzieleniu plików w celu rozwijania twórczości, ekspresji i informacji we wszelkich mediach. Mówiąc bardziej szczegółowo, poświęcona jest ona dzieleniu się plikami przez pojedynczych użytkowników, niemotywowanych przy tym zyskiem. Dzielenie się plikami oznacza ich udostępnienie innym poprzez umieszczenie w internecie, wysłanie kopii lub umożliwienie pobrania poprzez jedną z sieci wymiany plików. Autor broni stwierdzenia, że dzielenie się plikami przy braku bezpośredniej lub pośredniej transakcji finansowej — czyli dzielenie się plikami w trybie niekomercyjnym — jest zasadne. Twierdzi też, że współdzielenie plików jest społecznie i kulturowo wartościowe, jak też, że będzie odgrywać kluczową rolę w kulturze i gospodarce krajów promujących kreatywność. Książka podejmuje również temat wzmocnienia i wykorzystania synergii pomiędzy dzieleniem się plikami a kreatywnością dążącą ku ogólnej korzyści społeczeństwa i wzbogaceniu gospodarki kulturowej." (Źródło: Philippe Aigrain "Dzielenie się. Kultura i gospodarka epoki internetu" Fundacja Nowoczesna Polska, Warszawa 2012, s. 11). Dzielenie się - okładka polskiego wydania

Książka wydana została na licencji Creative Commons (Użycie niekomercyjne, Bez utworów zależnych ), a zatem można ją ściągnąć za darmo i dzielić się  nią z innymi.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Gigantyczne odszkodowania za nieautoryzowane ściąganie nagrań

Co jakiś czas prasa donosi o gigantycznych odszkodowaniach zasądzanych przez amerykański wymiar sprawiedliwości w sprawach wytaczanych przez firmy fonograficzne osobom ściągającym nagrania z nieautoryzowanych źródeł. Przykładem może być tu sprawa opisana ostatnio w Gazecie Wyborczej. Czytamy w niej, że:

"W 2003 r. do domu Tenenbaumów przyszedł list, w którym 16-letni wtedy Joel został oskarżony o nielegalne ściąganie piosenek z internetu. Wytwórnie, które miały do prawa do siedmiu wskazanych w liście utworów, zażądały łącznie ponad pięciu tys. dolarów zadośćuczynienia (...) Nastolatek oświadczył, że może zapłacić 500 dol., bo tylko na tyle go stać. Propozycja nie przeszła i sprawa cztery lata później trafiła do sądu. (...) Tenenbaum chciał pójść na ugodę i zapłacić pięć tys. dol., ale firmy odrzuciły propozycję. Od tego momentu stawka zaczęła rosnąć... Kolejne apelacje Amerykanin przegrywał, aż w piątek sąd federalny nakazał mu zapłacić 675 tys. dol. (...) Dorosły już mężczyzna w ciągu tych kilku lat miał jednak okazje, żeby proces zakończyć. W 2010 r. sąd obniżył karę do 67,5 tys. dol., ale jego prawnicy postanowili pójść na całość i walczyć o wycofanie pozwu. Apelację przegrali i sędzia przywrócił kwotę dziesięciokrotnie wyższą." (Źródło: Mateusz Szaniewski, Musi zapłacić 675 tys. dol., bo ściągnął 30 piosenek. Dziewięć lat temu jako nastolatek! wyborcza.pl z dnia 2012-08-26).

Sprawa jest w pewnym sensie modelowa, jednak mało który internauta dochodzi tak daleko. Zazwyczaj schemat wygląda w uproszczeniu następująco:

  1. Internauta udostępniał w sieci zawartość, do której majątkowe prawa autorskie mają koncerny medialne (nie tylko wytwórnie muzyczne, także np. studia filmowe). Sam fakt ściągnięcia nieautoryzowanego pliku byłby trudniejszy do przeprowadzenia przed wymiarem sprawiedliwości, co nie jest jednak przeszkodą w ściganiu ponieważ sieci P2P działają tak, że aby ściągać, trzeba z reguły udostępniać.
  2. Dostawca internetu udostępnił reprezentantom właścicieli majątkowych praw autorskich dane osoby udostępniającej treści. Dlaczego udostępnił? Nie chciał narazić się na oskarżenie o ułtatwianie tzw. piractwa.
  3. Prawnicy reprezentujący właścicieli majątkowych praw autorskich wysyłają internaucie list (tzw. Cease and desist), w którym żądają zaprzestania naruszeń oraz informują, że w przypadku niezastosowania się, skierują sprawę do sądu. List taki (lub kolejny wysłany w przypadku niezastosowania się) proponuje ugodę polegającą np. na zapłaceniu przez internautę kwoty rzędu np. 5000 USD (tak było we wspomnianym przypadku).
  4. Większość internautów, którzy mają na sumieniu udostępnianie w sieci nieautoryzowanych treści decyduje się zapłacić. Prawie nikt nie chce się spotkać w sądzie z prawnikami wynajętymi przez koncerny medialne. Tzw. "przeciętny Amerykanin" wprawdzie nie pamięta dokładnie kiedy ściągnął te kilka plików, o których wspomniano w liście, ale słusznie zgaduje, że koncerny medialne stać na dużo lepszych prawników. Strach przed procesem stwarza zresztą pole do nadużyć: wielu internautów ma na sumieniu udostępnienie jakichś treści w sieci, niemal nikt nie chce się szarpać z koncernami w sądzie, a zatem prawie każdy płaci, mimo że część spraw możnaby pewnie wygrać (np. korzystając z prawa o dozwolonym użytku).
  5. Nieliczni decydują się na walkę w sądzie. O większości spraw opinia publiczna poza USA nie dowiaduje się. Ugoda zawarta pomiędzy udostępniającym nagrania internautą a koncernami medialnymi to żaden news. Docierają do nas zatem informacje o głośnych wyrokach, takich jak ten opisany powyżej. Interesujemy się nimi bo zasądzone odszkodowania są zaskakująco wysokie.

Warto się zatem zastanowić czemu sądy decydują się na takie właśnie wysokości odszkodowań. Wbrew pozorom wyjaśnienie jest stosunkowo proste i wcale nie chodzi tu o faktyczne wyliczenie strat poniesionych przez właścicieli majątkowych praw autorskich wskutek aktu piractwa dokonanego przez pozwanego internautę. Za rozumowaniem sądów stoi ekonomiczna analiza prawa, często wykorzystywana przez wymiar sprawiedliwości w USA (a rzadko u nas). Rozumowanie jest następujące: siła oddziaływania sankcji jest uzależniona od wysokości kary i prawdopodobieństwa skazania osoby naruszającej prawo. Ponieważ treści w sieci są udostępniane przez miliony internautów, prawdopodobieństwo że konkretny internauta zostanie złapany jest znikome. Wyobraźmy sobie ile kosztowałoby wysłanie Cease and desist letters do chociażby 10% naruszających, nie mówiąc o wytaczaniu wszystkim procesów. A zatem skoro prawdopodobieństwo ujęcia i skazania jest tak niskie, kara musi być bardzo dotkliwa aby uczynić proporcję wysokość kary/prawdopodobieństwo skazania istotną.

Oczywiście tak wysoka kara zdaje się przeczyć tzw. zdrowemu rozsądkowi. Przecież wspomniany internauta i tak nie zapłaci zasądzonej kwoty. Zapewne ogłosi bankructwo i koncerny medialne nie zobaczą ani centa ze wspomnianych setek tysięcy USD. Nie o to im jednak chodziło. Celem koncernów było takie odszkodowanie, o którym dowiedzą się wszyscy, bo - idąc wyjaśnionym powyżej tokiem rozumowania - tylko taki wyrok zrekompensuje niskie prawdopodobieństwo ujęcia reszty naruszających prawo.

Taki sposób rozumowania nie pomoże jednak branży fonograficznej  w odzyskaniu utraconej pozycji rynkowej. Po pierwsze, takie wyroki są bardzo źle odbierane przez opinię publiczną. Powodują wzmocnienie postawy "wszystkich przecież nie złapią" i mogą skłaniać do zwięszenia ruchu w tzw. pirackich sieciach na zasadzie "ściągajmy co się da zanim wezmą się za nas". Po drugie, batalie sądowe są bardzo kosztowne, o czym pisałem tutaj. Po trzecie, branża powinna poświęcić więcej środków na przebudowę swoich modeli biznesowych - tylko tak może zatrzymać utratę rynku, o czym wielokrotnie pisałem.

Na zakończenie odeślę do artykułów Bena Depoortera i współautorów (pierwszy artykuł, drugi artykuł). Chyba nikt lepiej nie wyjaśnił tzw. paradoksu niemożności, polegającego na tym, że nie da się jednocześnie osiągać efektu odstraszania (zniechęcać do piractwa) i promować postaw przychylnych prawu autorskiemu. Można osiągnąć albo jedno, albo drugie. Nie jest to oczywiście dobra informacja dla tych osób w branży medialno-rozrywkowej, które myślą o radykalnej rozprawie z tzw. piratami.

piątek, 15 czerwca 2012
Payola w radiu

W najnowszym numerze Virginia Sports and Entertainment Law Journal ukazał się mój artykuł pt. "Undisclosed Payments to Promote Records on the Radio: An Economic Analysis of Anti-Payola Legislation". Poświęcony jest on ekonomicznej analizie zjawiska określanego w języku angielskim słowem "payola" lub terminem "pay-for-play", dosłownie "płać-za-nadawanie".

Payola jest praktyką polegają na płaceniu przez wytwórnię muzyczną pracownikom lub dyrektorom programowym stacji radiowych w zamian za nadanie utworu na antenie. Chodzi o to by dzięki przekazaniu pewnej kwoty pieniężnej lub innej wartościowej rzeczy osoba decydująca o repertuarze radiowym dodała promowany przez wytwórnię utwór do playlisty. Celowo unikam słowa "łapówka", czemu – wyjaśniam poniżej.

Zwyczaj ten rozwinął się w USA w latach 50. XX w. Payola stała się w USA tak popularna, że w późnych latach 50. XX w. zainteresował się nią Kongres USA (szczegółowo opisuję to w tekście). Doprowadziło to do przyjęcia w 1960 r. przepisów zakazujących przyjmowania przez pracowników stacji radiowych nieujawnianych korzyści materialnych od firm fonograficznych w zamian za nadawanie utworów na antenie radiowej. Precyzyjniej: stacja radiowa, której pracownik przyjął pieniądze lub korzyść niematerialną od wytwórni muzycznej została zobowiązana do ogłoszenia tego na antenie (np. przed emisją utworu w formie komunikatu "...ten utwór wysłuchali Państwo dzięki firmie x"). Jeśli fakt przekazania pieniędzy ogłaszano każdorazowo podczas emisji utworu, wówczas przyjęcie payoli było zgodne z prawem.

Sensowność przepisów wprowadzonych przez Kongres USA w 1960 r. jest od dłuższego czasu przedmiotem sporu pomiędzy prawnikami a ekonomistami. Część prawników amerykańskich uważa payolę za formę łapówki, która demoralizuje branżę radiową i fonograficzną, wobec czego powinna być zakazana. Ten tok rozumowania w 1960 r. przekonał amerykańskich ustawodawców. Zajmujący się tym problemem ekonomiści (m.in. noblista Ronald Coase) krytykują jednak sensowność tych przepisów. Uważają oni, że payola jest uzasadnioną ekonomicznie formą opłaty za reklamowanie produktu jakim jest nagranie. Skoro producenci innych dóbr mogą reklamować swoje produkty na antenie radiowej, powinny móc to czynić również firmy fonograficzne. Zdaniem ekonomistów payola jest najefektywniejszą formą płacenia za obecność nagrań na antenie czyli usługę, która ma dla firm fonograficznych dużą wartość.

Co ciekawe, zdaniem Coase'a legalizacja payoli paradoksalnie mogłaby doprowadzić do tego, że w stacjach radiowych pojawiałoby się mniej reklam. Doszłoby do tego wtedy, gdy pieniądze przekazywane przez wytwórnie muzyczne w zamian za umieszczenie ich nagrań na antenie byłyby większe niż środki jakie można uzyskać za sprzedaż czasu antenowego reklamodawcom. Teoretycznie jest to możliwe, oczywiście pod warunkiem zachodzenia związku pomiędzy obecnością muzyki na antenie radiowej a wzrostem popytu na nagrania. Związek taki na pewno zachodził w drugiej połowie XX w.

Zapewne obie strony - prawnicy i ekonomiści - mają częściowo rację w tym sporze (więcej na ten temat w tekście). Warto jednak zwrócić uwagę na to, że zakaz wprowadzony w USA w roku 1960 nie przyniósł oczekiwanych efektów. Zjawisko zdobywania przychylności pracowników stacji radiowych za pomocą pieniężnych i niepieniężnych zachęt było powszechne w późniejszych dekadach, o czym świadczą wybuchające co jakiś czas w USA „wojny z payolą” (ostatnia w 2005 r.).

Z payolą trudno jest walczyć m.in. dlatego, że niełatwo określić jest granicę pomiędzy tym jaki "upominek" wytwórnia muzyczna może przekazać pracownikom stacji radiowej w ramach normalnych praktyk promocyjnych, a jaki stanowi już naruszenie prawa. Przekazanie promocyjnych egzemplarzy płyt, z których nadawane będą nagrania na pewno jest w USA dozwolone. Zaproszenie pracowników stacji radiowej na koncert artysty też. Ale co jeśli koncert ten odbywa się na drugim końcu globu? A towarzyszy mu nocleg w pięciogwiazdkowym hotelu i wytworna kolacja na koszt wytwórni? Dzisiejsza payola nie przypomina już studolarówek wręczanych w kopertach didżejom radiowym w latach 60. XX w., ma inną, bardziej wyrafinowaną formę.

Na koniec warto zapytać jak wyglądają kontakty na linii branża fonograficzna - stacje radiowe w Polsce...?

czwartek, 22 września 2011
Prawa artystów wykonawców i producentów chronione przez 70 lat

We wrześniu 2008 r. napisałem następujące słowa:

"...Unia Europejska snuje całkiem realne plany wydłużenia ochrony praw wykonawców i producentów muzycznych. W tej chwili w Europie okres ten wynosi 50 lat, a jako że w USA jest dłuższy, naturalne dla pewnych grup interesów jest dążenie do zrównania tych wartości w obu regionach."

I oto we wrześniu 2011 r. owe "całkiem realne plany" dochodzą do skutku. Jak donoszą VaGlaGazeta Wyborcza, Rada Ministrów UE zdecydowała o przedłużeniu ochrony praw wykonawców i producentów muzycznych (nie chodzi o producentów w znaczeniu potocznym ale o wytwórnie muzyczne) z 50 do 70 lat.

Ruchu tego można było się spodziewać, ponieważ już w 2013 r. wygasłyby prawa do pierwszych nagrań zespołu The Beatles, a następnie nagrań całej masy artystów, którzy rozpoczęli karierę w latach 60. XX w. Gra toczyła się więc o duże pieniądze i można było się spodziewać, że właściciele majątkowych praw autorskich do nagrań włożą sporo wysiłku w przekonanie ustawodawców do swoich racji.

Osobom nie znającym prawa autorskiego należy się wyjaśnienie: prawa autorów (np. kompozytorów lub autorów tekstów) już od dłuższego czasu chronione są przez 70 lat od śmierci ostatniego ze współautorów. Wspomniane zmiany dotyczą praw pokrewnych, czyli praw producentów i artystów wykonawców. Upraszczając: producenci to z reguły wytwórnie muzyczne, a artyści wykonawcy to np. ci, którzy grają lub śpiewają w danej wersji nagrania, ale niekoniecznie skomponowali utwór lub napisali tekst. Gdyby ochrona praw pokrewnych nie została wydłużona to właśnie producenci i artyści wykonawcy przestaliby czerpać korzyści z danych nagrań jako pierwsi, twórcy chronieni byliby natomiast dłużej na podstawie wcześniejszych przepisów. Jakie to korzyści? Np. tantiemy płacone przez ZPAVSAWP i STOART z przychodów zebranych od podmiotów wykorzystujących nagrania, np. stacji radiowych, klubów muzycznych, hipermarketów, etc.

Tak jak we wcześniejszych przypadkach wydłużania okresu ochrony własności intelektualnej powstaje pytanie o faktyczny cel istnienia prawa autorskiego. Jednym z ekonomicznych uzasadnień istnienia prawa autorskiego jest bowiem stworzenie finansowych bodźców, które będą skłaniać artystów do tworzenia. Powstaje wobec tego pytanie: czy wydłużenie czasu ochrony z 50 do 70 lat skłoni posiadaczy majątkowych praw autorskich do nagrań do większej kreatywności? Być może wytwórnia kontrolująca nagrania Beatlesów wyda jeszcze jedną reedycję ich płyt. Może zainwestuje nowe środki w specjalne, jeszcze lepsze techniki oczyszczenia starych masterów. Może stworzy jakieś remiksy lub nowe wersje wcześniej wydanych płyt (tak jak było w przypadku płyty Let It Be... Naked). Powstają jednak dwa pytania:

  • czy nie jest tak, że wszystkie nowe, specjalnie wyczyszczone i zremiksowane wersje starych nagrań, które miały powstać już powstały i wydłużenie czasu ochrony niewiele zmieni? Zwróćmy bowiem uwagę, że np. bezprecedensowy wysyp nowych płyt zespołu The Beatles rozpoczęty wydaniem w 1995 r. płyty Anthology 1 miał miejsce właśnie dlatego, że wytwórnia widziała już na horyzoncie rok 2013 i wygaśnięcie czasu ochrony nagrań... Czy kolejne wydłużenie praw producentów przyniesie jakieś korzyści społeczeństwu?
  • jaką mamy gwarancję, że gdy po wejściu w życie nowych przepisów zbliży się kolejny termin wygaśnięcia majątkowych praw autorskich do ważnych nagrań (np. w przypadku The Beatles w 2033 r.) nie dojdzie do lobbingu mającego na celu wydłużenie ochrony o kolejne x lat?

Naturalnie można też znaleźć argumenty na obronę wydłużenia czasu ochrony. Nie jest zaskoczeniem, że najłatwiej znaleźć je producentom i artystom wykonawcom. Zacytuję Gazetę Wyborczą:

"W takiej sytuacji znalazł się Jan Ptaszyn-Wróblewski. Legendarny saksofonista i popularyzator jazzu nagrywał swoje pierwsze płyty z zespołem Krzysztofa Komedy pod koniec lat 50. Teraz ukazują się na rynku bez jego wiedzy i zgody, bo minął 50-letni okres ochrony.
 - O wielu takich wydawnictwach dowiaduję się z półek sklepowych. Niedawno na przykład ukazała się w Poznaniu płyta z pierwszymi nagraniami sekstetu Komedy. Nikt mnie nie zawiadomił, nie przesłali mi nawet egzemplarza. Dlatego dobrze oceniam nowe przepisy, bo doszedłem do takiego etapu, że niektóre rzeczy by mi przepadały. 70 lat ochrony to słuszny" (Roman Pawłowski "Unia rozszerza ochronę praw autorskich", Gazeta Wyborcza z dnia 21.09.2011 r.)

Oczywiście jest też argument czysto pragmatyczny - zrównanie czasu ochrony praw pokrewnych w różnych krajach. Jeśli bowiem wszędzie poza UE prawa pokrewne chronione będą przez 70 lat, trzymanie się 50 lat staje się dyskusyjne.

Czy wobec tego istnieją inne sposoby uregulowania czasu ochrony majątkowych praw autorskich? Owszem, w literaturze są rozważane różne propozycje. Pisałem o nich np. tutaj.

poniedziałek, 10 stycznia 2011
Czytanie komiksów w Empiku i ekonomiczne paradoksy

Gazeta Wyborcza pisze dziś o tym, że niektórzy wydawcy komiksów skarżą się na to, że w Empikach rozpowszechniła się praktyka czytania komiksów. Wyborcza.pl pisze, że:

"W empikach to norma: w pobliżu regału z komiksami zawsze siedzą na podłodze miłośnicy obrazkowych historii. Pochłaniają książkę, po czym albo odstawiają ją na miejsce, albo na stosik gdzieś obok, po czym biorą się za następny komiks. (...) W Polsce większość komiksów sprzedaje się w nakładach od kilkuset do dwóch tysięcy egzemplarzy. Według Tomasza Kołodziejczaka z wydawnictwa Egmont, klienci empików potrafią zaczytać na strzępy nawet sto egzemplarzy. To znaczący odsetek nakładu." (Źródło: Wojtczuk M., Czytasz komiksy w empiku? To jak piractwo w internecie, Gazeta Stołeczna, 2011-01-10.)

Z jednej strony nie ma się co dziwić wydawcom, że narzekają. Komiksy czytane w ten sposób stanowią dla nich koszt, bowiem zużywają się fizycznie i ich wartość spada do zera (nikt ich nie kupi). Biorąc pod uwagę, że obecność na półce w Empiku jest kosztowna, zużyty egzemplarz wracający do wydawcy znacząco pomniejsza jego zyski. Zakładamy, że osiąga zyski, bowiem w przeciwnym wypadku wycofałby się z Empiku. Zyski są, ponieważ nawet jeśli kilkunastu czytelników zrezygnuje z zakupu po przeczytaniu komiksu w ten sposób, ktoś jednak go (tzn. niezużytą kopię) w końcu kupi. Zyski są jednak mniejsze niż mogłyby być (lub niż wydawcy wydaje się, że mogłyby być), co budzi sprzeciw firm wydających komiksy.

Z drugiej jednak strony, nie ma się co dziwić empikowym czytelnikom. Wielu spośród nich ma na tyle niskie dochody, że nie są w stanie kupić wszystkiego co chcieliby przeczytać. Nie każdy tytuł jest na tyle dobry, by dysponujący niskimi dochodami konsument chciał go mieć na własność. Jeśli jednak czytelnik komiksów chce się cieszyć statusem osoby obeznanej w temacie (a dla wielu czytelników ma to znaczenie), powinien znać większość nowych publikacji. Logicznym jest więc to, że skoro jest okazja by przejrzeć dany tytuł w Empiku, niektórzy robią to. Przypuszczalnie są to młodzi czytelnicy, którzy mają niskie dochody i sporo czasu wolnego. Mały komfort panujący w Empikach nie przeszkadza im, bowiem komiks przeczytany w ten sposób stanowi dla nich określoną oszczędność.

Nie znamy stosunku Empiku do tych praktyk. Skoro w tekście czytamy, że "w empikach to norma", widać są one tolerowane. Pytanie czy dzieje się tak dlatego, że Empik chce mieć wizerunek miejsca, w którym można poczytać (i dlatego toleruje uciążliwe praktyki czytelników komiksów), czy też obecność czytelników komiksów po prostu się opłaca (bo jednak coś tam kupują, bo przyciągają innych klientów, etc.). Warto zwrócić uwagę, iż ewentualne straty Empiku wynikają z tego, że tłum robiony przez czytelników komiksów może odstraszać innych konsumentów. Faktyczny koszt zniszczenia kopii komiksu ponosi wydawca, bowiem niesprzedane egzemplarze są przez Empik zwracane.

Na czym polega więc ekonomiczny paradoks? Na tym, że w długim terminie zarówno wydawcom komiksów, jak i czytelnikom mogłoby się opłacić wycowanie się z Empików. Wynika to z faktu, że Empiki mają wysoką marżę i ograniczone wolne miejsce na półkach (co stanowi o przewadze Empików w negocjacjach z wydawcami, co z kolei przekłada się na niekorzystne dla wydawców praktyki silniejszej strony). Gdyby wydawcy byli w stanie stworzyć alternatywny kanał dystrybucji, wówczas mogliby zaproponować niższe ceny. To natomiast pozwoliłoby czytelnikom na zakup większej liczby egzemplarzy, co w naturalny sposób zmniejszyłoby ich motywację do czytania "na miejscu" (nawet gdyby w tej alternatywnej rzeczywistości było to możliwe). Nakłady mogłyby się więc zwiększyć, co przy niezmienionej marży wydawców powiększyłoby ich zyski.

Problem polega jednak na tym, że Empiki są potrzebne wydawcom bo tam właśnie sprzedaje się dużo komiksów. Stworzenie alternatywnego kanału dystrybucji jest koszowne, a reakcja czytelników na jego powstanie nie jest pewna. Pewnie zarówno wydawcy, jak i czytelnicy zyskaliby na stworzeniu alternatywnego kanału dystrybucji, ale problemem jest to, że obie strony nie mogą się umówić na solidarne korzystanie z nowej formy sprzedaży.

Problem empikowego czytelnictwa można rozwiązać na wiele sposobów, np. rozwijając handel przeczytanymi komiksami, tworząc system wypożyczalni, programy lojalnościowe, systemy prenumeraty, itp. Nie znam specyfiki tego rynku na tyle by stwierdzić czy wszystkie możliwe opcje zostały wykorzystane. Być może tekst w Wyborczej nie jest jedynie wyrazem frustracji wydawców, lecz stanowi element jakieś próby sił między nimi a Empikiem? Jeśli tak, to znów dostało się czytelnikom, czyli nie tym, którym powinno...

wtorek, 14 września 2010
"Nikt nie lubi ZAiKS-u" - komentarz

Krótki komentarz do tekstu "Cicho w sklepach i u fryzjera. Nikt nie lubi ZAiKS-u". Krótki ponieważ, jak wspomniałem w ostatnim wpisie, jestem zajęty opracowywaniem wyników badań sceny netaudio (interesujących nota bene w kontekście wspomnianego tekstu, ale o tym innym razem).

We wspomnianym tekście autorka donosi, że:

"Zamilkły radia w sklepach, zakładach fryzjerskich, gabinetach kosmetycznych. - Zdemontowałam wieżę, zrezygnowałam z abonamentu radiowego. Wszyscy wkoło robią tak samo - mówi właścicielka bielskiego salonu fryzjerskiego. Wszystko po tym, gdy ZAiKS zaczął upominać się o tantiemy dla artystów" (Źródło: Furtak E., Cicho w sklepach i u fryzjera. Nikt nie lubi ZAiKS-u, Wyborcza.pl z dnia 12.09.2010 r.).

Komentarz dotyczy może nie tyle samego tekstu, ale dyskusji, która rozpętała się na forum - w chwili gdy to piszę jest już 345 wpisów. Wprawdzie należy odnotować, że w dyskusji pojawiają się także głosy merytoryczne, jednak wiele wpisów pokazuje jak mało zrozumiałe są przyczyny, dla których wspomniane opłaty istnieją. Z drugiej jednak strony, trzeba zauważyć, że wielu wypowiadających się stawia słuszne diagnozy, nawet jeśli nie do końca rozumieją przyczyny stanu rzeczy. Na przykład, jeden z internautów napisał:

"a że poziom tego co ci "artyści" tworzą jest 2 metry poniżej mułu to tego nikt nie widzi ??? w radiu w komercyjnych stacjach puszczane są właśnie takie "artystyczne" kwiatki, więc nie bardzo rozumiem za co tu płacić i to jeszcze jakiemuś pośrednikowi ZAiKS-owi"

Uwaga jak najbardziej słuszna - repertuar znacznej części stacji radiowych jest słaby, jednak nie jest temu winien ZAiKS, tylko sposób dobierania repertuaru, będący niestety funkcją m.in. poziomu edukacji muzycznej słuchaczy.

Czym więc zajmuje się ZAiKS i, jak piszą internauci, "im podobne organizacje"? Szczegółowo już to kiedyś wyjaśniałem na blogu, zachęcam do przeczytania tego wpisu. Do praktyk stosowanych przez organizacje zbiorowego zarządzani można mieć wiele zastrzeżeń - pisałem o tym choćby tu i tu. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli w istocie odtwarzanie muzyki zwiększa przychody zakładów usługowych, wówczas - z ekonomicznego punktu widzenia - logicznym byłoby wymaganie od tych podmiotów by płaciły za to co przyczynia się do wzrostu ich dobrobytu. Innymi słowy, skoro fryzjer płaci za - dajmy na to szyld reklamowy przytwierdzony do sąsiedniego budynku (opłaca mu się to bo reklama przyciąga klientów) - nie ma powodów by nie płacił za odtwarzaną muzykę. Oczywiście można dyskutować czy należy płacić także za wykorzystywanie muzyki nadawanej w stacjach radiowych. Wątpliwości można tu mnożyć, bo np. co jeśli wykorzystuje się TOKfm, które muzyki nadaje bardzo mało, ale jednak ją nadaje? Opisana w tekście metoda taksówkarza wyłączającego radio po usłyszeniu wiadomości pokazuje do jakich paradoksów dochodzi.

Argumenty za obowiązkowym płaceniem rodzą jednak dwie wątpliwości:

  • Czy koszty ściągania opłat od wszystkich punktów potencjalnie wykorzystujących muzykę nie są większe od korzyści? Co innego bowiem jeśli kontrolerzy ZAiKS odwiedzą największe puby i dyskoteki, a co innego gdy chodzą po kioskach Ruchy by sprawdzić, czy czasem nie gra tam małe radio (które zresztą ma raczej zabawić sprzedawcę, a nie klientów).
  • Czy włączanie radia w punkcie usługowym w istocie przyciąga klientów? Nie wątpie, że są badania, które to udowadniają. Problem jednak polega na tym jak i kiedy te badania przeprowadzano. Obecnie oferta muzyczna większości polskich stacji radiowych jest bowiem w istocie tak słaba, że niejeden klient chętnie by zapłacił aby np. nie musieć słuchać radia u fryzjera. Oczywiście nieco przesadzam, jednak osobiście bardzo ucieszyłbym się gdybym w większości punktów usługowych nie musiał słuchać muzyki, którą wybierają usługodawcy. Od razu sam sobie odpowiem: jeśli usługodawcy nie będą chcieli płacić organizacjom zbiorowego zarządzania, a jednocześnie uznają, że "muzyka musi być", wówczas dla klientów o nieco bardziej wyrafinowanych gustach sytuacja zmieni się na gorsze. Usługodawcy skorzystają bowiem z ofert firm dostarczających muzykę, za którą nie trzeba płacić organizacjom zbiorowego zarządzania. I nie mam tu bynajmniej na myśli muzyki wydanej na licencjach Creative Commons, ale tzw. Muzak (wyjaśnienie na podlinkowanej Wiki).

Co mogą więc zrobić usługodawcy?

  1. Płacić organizacjom zbiorowego zarządzania i mieć święty spokój.
  2. Wyłączyć radio (i klienci będą mieli święty spokój); oczywiście nie wchodzi to w rachubę w przypadku pubów, barów itp., które w istocie przyciągają klientów muzyką i raczej nie wykorzystują radia, ale własne playlisty.
  3. Skorzystać z usług dostawców Muzaka (nie zachęcam!). Wówczas klienci o nieco większych wymaganiach muzycznych pójdą sobie do lokali, które wykorzystują "prawdziwą" muzykę lub nie wybierają ciszę.
  4. Skorzystać z muzyki wydanej na licencjach Creative Commons dopuszczających wykorzystanie komercyjne. Niestety większość artystów wydających nagrania na licencjach Creative Commons nie pozwala na wykorzystanie komercyjne, jednak jak się poszuka, wówczas na pewno znajdzie sie ciekawą muzykę.

Na koniec dodam, że populistyczni krytycy organizacji zbiorowego zarządzania (wielu z nich skomentowało wspomniany artykuł) są niejednokrotnie jednocześnie zdecydowanymi zwolennikami ściągania muzyki za darmo z internetu, co uzasadniają tym, że "artyści zarobią w inny sposób". Jest tu pewna niekonsekwencja -  środki pobierane przez organizacje zbiorowego zarządzania są właśnie tymi "innymi sposobami", umożliwiającymi do pewnego stopnia tworzenie modeli biznesowych zakładających udostępnianie muzyki słuchaczom za darmo. Jeśli bowiem artysta udostępni swoją płytę np. w sieciach P2P lub na jamendo, wówczas powinien móc liczyć na przychody z innych źródeł. Takimi źródłami są m.in. przedsiębiorcy wykorzystujący ich nagrania. Tu oczywiście wracamy do zadanego wcześniej pytania "Czy puszczanie w punkcie usługowym radia w istocie przyciąga klientów?" i czy organizacje zbiorowego zarządzania rzeczywiście dobrze wykonują zadanie zbierania należnych środków.

Ponadto współpraca organizacji zbiorowego zarządzania z artystami udostępniającymi nagrania słuchaczom za darmo, a jednocześnie chcącymi czerpać zyski z innych pól eksploatacji, nie przebiega(ła) łatwo (patrz ten wpis), co dodatkowo komplikuje interpretację problemu.

Reasumując: sprawa jest nieco bardziej skomplikowana i nie da sie jej wyjaśnić ani an forum internetowym ani w tym wpisie. Jak nic trzeba będzie napisać książkę.

A wpis miał być krótki...

środa, 28 kwietnia 2010
Teksty o własności intelektualnej

W ostatnim czasie natknąłem się na wiele ciekawych tekstów poświęconych własności intelektualnej, oprogramowaniu open source, wolnej kulturze, piractwu itp. Linki do niektórych z nich zamieszczam poniżej, mam nadzieję, że komuś się to przyda. Miłej lektury, niebawem więcej źródeł.

wtorek, 20 kwietnia 2010
Książka "Open Content Licensing: Cultivating the Creative Commons"

W bibliotece znalazłem książkę pt. Open Content Licensing: Cultivating the Creative Commons, która - jak poinformowano na okładce - została wydana na licencji Creative Commons. Logiczny tok rozumowania każe sądzić, że skoro książkę wydano na licencji Creative Commons, zapewne da się ją ściągnąć z sieci za darmo. Tak jest w istocie, w związku z czym mogę się tym odkryciem podzielić. Przyznaję, książka nie jest nowością wydawniczą, ale na wypadek gdybyście jej nie znali, można ją ściągnąć tutaj.

W środku teksty m.in. teksty Lawrence Lessiga. Wprawdzie - jak wspomniałem - nie najnowsze, ale zainteresowanym tematem nie powinno to przeszkadzać.

czwartek, 25 lutego 2010
Co to jest “użycie niekomercyjne”?

Poniżej kolejny wpis, który ukazał się na netaudio.pl 22.09.2009 r. Czemu go zamieszczam można przeczytać tu.

-----------------------------------------------------------------------

Osoby, które miały do czynienia z licencjami Creative Commons wiedzą, że jedna z nich nastręcza użytkownikom pewne trudności. Chodzi o licencję z warunkiem “noncommercial” - po polsku “użycie niekomercyjne”. Problemy wynikają z tego, że ani twórcy, ani słuchacze nie do końca wiedzą co tak naprawdę można zrobić z muzyką wydaną z warunkiem “użycie niekomercyjne”. Na pewno można jej słuchać w domu… ale czy można wstawić na bloga? Jeśli nie zarabiamy na blogu to pewnie można, ale zaraz… a jeśli na naszym blogu zarabia serwis blogowy (np. zamieszczając reklamy)? Albo jeśli prowadzimy serwis internetowy i chcemy wstawić na bloga reklamę, ale nie po to by zarabiać, ale by pokryć koszty utrzymania miejsca na serwerach… czy to dalej jest  ”użycie niekomercyjne”?

Wątpliwości takie można mnożyć i dlatego właśnie organizacja Creative Commons zorganizowała szeroko zakrojone badanie, które miało pomóc ustalić jak twórcy i użytkownicy rozumieją warunek  “użycie niekomercyjne”. Badanie było zrealizowane głównie w USA, gdzie organizacja Creative Commons uzyskała wsparcie szanowanej The Andrew W. Mellon Foundation. Obserwacje z USA zestawiono z kwestionariuszem wypełnionym przez internautów z innych krajów. Kilka miesięcy temu z ciekawości wziąłem udział w tej ankiecie i z tego co wówczas zaobserwowałem pytania były bardzo dokładne, a całe badanie wyglądało bardzo profesjonalnie.

A wyniki? Opublikowano je 14 września. Cały raport w języku angielskim znajdziecie tu. Jest on bardzo długi (255 stron), więc kilka drobnych obserwacji poniżej:

  • 87% twórców i 85% korzystających rozumie termin “użycie niekomercyjnie” tak samo lub podobnie jak ujęto to w treści licencji  (a znajdziecie ją tu);
  • w skali od 1 do 100 gdzie 1 to “użycie definitywnie niekomercyjne” a 100 to “użycie definitywnie komercyjne” twórcy i korzystający z licencji ocenili sposoby korzystania związane z reklamą online jako “komercyjne” (odpowiednio 84,6 i 82,6);
  • w pewnych specjalnych okolicznościach, np. gdy wykorzystujący przeznacza przychody z reklam na pokrycie kosztów utrzymania serwera lub gdy korzystającym jest organizacja non-profit, twórcy i użytkownicy oceniają “komercyjność” takiego użycia mniej restrykcyjnie; wyjątków takich jest cały szereg, więc trzeba je za każdym razem analizować oddzielnie;
  • użycie twórczości w celach prywatnych jest oceniane raczej jako “niekomercyjne” (na tej samej skali: odpowiednio 24,3 dla twórców i 16,0 dla korzystających);
  • respondenci spoza USA widzą użycie twórczości w celach prywatnych jako zdecydowanie bardziej  “niekomercyjne” niż respondenci z USA (na tej samej skali: odpowiednio 8,2 dla twórców i 7,8 dla korzystających).

Oczywiście to jedynie wyrywkowo wybrane wyniki. Sama analiza 255 stron raportu zajmie zdecydowanie dłużej, a wnioski istotne dla internautów będą płynąć dopiero z prawniczych interpretacji wspomnianego badania. Być może więc wiemy nieco więcej o tym czym jest “użycie niekomercyjne”, jednak na praktyczne wskazówki dla słuchaczy i twórców będzie jeszcze trzeba trochę poczekać.

czwartek, 14 stycznia 2010
Odcinanie od internetu tzw. "piratów internetowych" po naszemu

Wyborcza.pl donosi, że projekt ustawy zakładającej odcinanie dostępu do internetu tzw. "piratom internetowym" może być gotowy już w pierwszej połowie roku. Wyborcza.pl powołuje się na urzędnika MSWiA, który twierdzi, że:

"(...) trwają prace nad wprowadzeniem zapisów, które umożliwiałyby odcinanie dostępu do sieci za naruszanie praw autorskich. (...) Projekt ustawy może się pojawić jeszcze w pierwszej połowie tego roku - mówił minister Rapacki. Unikał jednak szczegółowych odpowiedzi, podkreślając, że to etap "wstępnych założeń", nad którymi wciąż trwa dyskusja. - Musimy znaleźć złoty środek, by nie naruszać praw i swobód obywateli, a jednocześnie odpowiedzieć na problem łamania prawa w internecie - twierdzi. Zapewniał, że założenia zostaną upublicznione i poddane szerokim konsultacjom.

Ujawnił też, że w międzyresortowym zespole ds. internetu pojawił się pomysł, by ograniczyć tzw. dozwolony użytek osobisty. Dziś pozwala on pod pewnymi warunkami na nieodpłatne korzystanie z chronionych prawem utworów. W zamian - jako rekompensatę dla twórców - wprowadzono opłaty od płyt CD, DVD, odtwarzaczy MP3 czy dysków komputerów (do 3 proc. ceny), które pobierają organizacje zbiorowego zarządzania. Rapacki podkreślał, że nie wiadomo, czy pomysł zyska akceptację resortu
". (Źródło: Grynkiewicz, T., Kiedy odetną od internetu - rządowa walka z piractwem internetowym,  Wyborcza.pl z dnia 2010-01-13).

Jak można to skomentować? Prawdopodobnie presja organizacji czerpiących zyski z wykorzystania majątkowych praw autorskich była na tyle duża, że w rządzie uznano, iż czas się zając uregulowaniem problemu tzw. "piractwa internetowego". A że akurat francuski pomysł odcinania osób naruszających obowiązujące prawo autorskie jest akurat modny - wybór padł na takie uregulowania. Pytanie czy za tymi pomysłami pójdzie wola polityczna. Przypuszczam, że opór środowiska internautów wobec tych propozycji będzie duży i na pewno nie na rękę politykom Platformy Obywatelskiej w roku wyborczym. Ciekawe tylko czy politycy ci zdają sobie sprawę, że trudno może im być wprowadzić te uregulowania "po cichu". Przypuszczam, że to właśnie byłoby im na rękę - zmienić przepisy, tak by przedstawiciele branż kultury byli zadowoleni, a internauci się nie obrazili na rządzących. Jeśli  w rządzie rozumuje się w ten właśnie sposób, to wydaje mi się, że twórcy tych pomysłów bardzo się mylą. Opór będzie i będzie on najsilniejszy wśród wyborców PO.

Przy okazji warto zapytać jak miałaby w praktyce wyglądać realizacja pomysłu ograniczenia tzw. dozwolonego użytku osobistego. Polecam tekst VaGli na ten temat.

środa, 21 października 2009
Książka "Citizen Engineer: A Handbook for Socially Responsible Engineering"

Natknąłem się niedawno na książkę autorstwa D. Douglasa, G. Papadopoulosa, J. Boutelle'a pt. "Citizen Engineer: A Handbook for Socially Responsible Engineering". Ujmując rzecz bardzo ogólnie, książka podejmuje temat wpływu technologii na społeczeństwo. Nie zapoznałem się jeszcze z całością, więc nie jestem w stanie jej zrecenzować. Z wstępnej lektury widzę jednak, że szczególnie interestuąco zapowiada się część 3 poświęcona własności intelektualnej, w szczególności patentom.

Wszyscy zainteresowani tą tematyką mogą ściągnąć książkę stąd. Tekst dostępny jest na licencji Creative Commons.

Citizen Engineer: A Handbook for Socially Responsible Engineering

poniedziałek, 06 lipca 2009
Billy Corgan i tantiemy dla artystów wykonawców w USA

Przeciętnemu słuchaczowi USA wydaje się być krajem, w którym wyznaczane są standardy prawa autorskiego, kopiowane następnie na całym świecie. Nie w każdym przypadku tak jednak jest - są obszary, w których rozwiązania przyjęte na całym świecie od dawna, w USA są dopiero przedmiotem dyskusji.

Najlepszym przykładem są tu tantiemy płacone przez tradycyjne stacje radiowe. W większości krajów świata (w tym w Polsce) stacje radiowe płacą tantiemy twórcom (autorom tekstów i muzyki), artystom wykonawcom (tym, którzy zagrali/zaśpiewali odtwarzane nagranie) oraz producentom (tym, którzy zarejestrowali fonogram, najczęściej chodzi tu o wytwórnie muzyczne). W USA jednak, lata temu tradycyjne stacje radiowe lepiej lobbowały ustawodawców amerykańskich niż wytwórnie muzyczne i udało im się uchylić od płacenia tantiem artystom wykonawcom i producentom. Jak podaje światowa organizacja branży fonograficznej - IFPI w opublikowanym w początkach roku Digital Music Report 2009 - stawia to USA w jednym szeregu z takimi krajami jak Rwanda, Iran, Chiny i Korea Północna.

Jak pisałem w lutym, na stronie 15 raportu znajdziemy groźnie brzmiącą ramkę mówiącą, że "roczne przychody branży radiowej w USA z tytułu reklam: 17 mld. USD, tantiemy wypłacone artystom przez stacje radiowe w USA 0 USD". Bardzo boli to branżę fonograficzną, ale nie chodzi  jej akurat tak bardzo o tantiemy wypłacane artystom wykonawcom, co o tantiemy wypłacane producentom fonogramów (czyli wytwórniom muzycznym). Spadające przychody ze sprzedaży nagrań skłoniły branżę fonograficzną w USA do rozpoczęcia poważnego lobbingu w tej sprawie. Tradycyjnie "ustami" wytwórni muzycznych stali się cenieni artyści. W marcu na ten przykład był to lider Smashing Pumpkins - Billy Corgan, który wygłosił przed Kongresem USA stosowną przemowę. Możecie ją obejrzeć tu. Więcej dyskusji znajdziecie też tu.

A to czy tradycyjne stacje radiowe w USA powinny płacić tantiemy artystom wykonawcom i producentom to już inna sprawa. To, że na całym świecie płacą, a w USA nie, pokazuje jak bardzo w amerykańskim procesie ustawodawczym liczy się siła lobbingowa. W tym  przypadku tradycyjne stacje radiowe przez lata były silniejsze niż branża fonograficzna...

niedziela, 15 marca 2009
Przeciwko monopolowi intelektualnemu
W 2008 r. ukazała się napisana przez dwóch amerykańskich ekonomistów książka pt. "Against Intellectual Monopoly". Na ponad 300 stronach Michele Boldrin i David K. Levine pokazują dlaczego ich zdaniem należy  gruntownie zreformować prawo własności intelektualnej. Główne argumenty autorów nie są nowe - skupiają się m.in. na krytyce patentów służących - wbrew pierwotnemu założeniu - nie stymulowaniu, lecz powstrzymywaniu kreatywności. Nie zapoznałem się jeszcze z całym tekstem, sprawia on jednak wrażenie dobrze napisanego. Postaram się  obszerniej zrecenzować tę pozycję po wnikliwej lekturze.
 
Cały tekst książki ściągniecie stąd (jako pdf) lub z podziałem na rozdziały stąd. Niestety tylko po angielsku. Zapoznajcie się też z notką o książce oraz blogiem autorów.
środa, 10 grudnia 2008
Optymalny czas ochrony utworów
Ostatnio trochę czasu spędziłem na lekturze bardzo przyjemnej pozycji The Economic Structure of Intellectual Property Law (W. M. Landes, R. A Posner, 2003). Jak przystało na ekonomistów, autorzy zastanawiają się nad tym co jest optymalne. W jednym z rozdziałów zajmują się tym jak długo powinna być chroniona własność intelektualna, tzn. jak długo utwory powinny przynosić zyski właścicielom praw majątkowych zanim trafią do domeny publicznej.
 
Utwór w USA jest chroniony 70 lat po śmierci autora (z pewnymi wyjątkami), o czym pisałem już kiedyś. Autorzy wspomnianej publikacji rozważają alternatywną konstrukcję prawa autorskiego. Polegałaby ona na chronieniu utworu przez krótki okres, po czym właściciel miałby możliwość przedłużenia okresu ochrony po wniesieniu opłaty. Autorzy argumentują, że najbardziej optymalne byłoby zezwolenie na dowolnie długie przedłużanie ochrony utworów, związane jednak z każdorazowym wnoszeniem opłaty. W efekcie dzieła o znacznej wartości mogłyby być chronione nieskończenie długo, ale dzieła o mniejszej wartości szybciej trafiałyby do domeny publicznej.
 
To ile utworów byłoby chronionych zależałoby od ustalonego czasu trwania ochrony oraz wielkości opłaty jaką należałoby wnieść by ochronę przedłużyć. Im wyższa owa opłata, tym więcej dzieł trafiałoby do domeny publicznej, ponieważ konieczność poniesienia kosztów by przedłużyć ochronę zniechęcałaby część właścicieli praw autorskich. W skrajnych przypadkach dzieł, których wartość jest bliska zeru, właścicielom mogłoby się nie chcieć wypełnić wniosku o przedłużenie, nawet gdyby opłata była minimalna.
 
Zdaniem autorów dzięki zastosowaniu tych rozwiązań więcej dzieł trafiałoby do domeny publicznej, a zarazem motywacja do tworzenia byłaby wyższa (bo dzieła wartościowe przynosiłyby zyski dłużej niż obecnie). Ponadto rozwiązania te zniechęciłyby koncerny (medialne, muzyczne, filmowe, itp.) do nacisku na ustawodawców by ci przedłużyli ustawowy czas ochrony. Dziś naciski takie skutkują znacznymi wydatkami na lobbing i wobec tego są kosztowne dla społeczeństwa. W myśl proponowanych rozwiązań Disney nie musiałby już naciskać na uchwalenie Sonny Bono Act - wystarczyłoby zapłacić za przedłużenie czasu ochrony.
 
Wady takiego rozwiązania są oczywiste. Po pierwsze, wszystko zależy od ustalonego czasu ochrony i kwoty jaką należałoby wnosić celem jej przedłużenia. Autorzy argumentują, że społeczne koszty nacisku zainteresowanych stron na ustawowe zmienianie tych wartości byłyby niższe niż w przypadku obecnego systemu. Coż, mam wątpliwości czy w istocie tak by było. Po drugie, trochę przeraża możliwość nieskończonej ochrony utworów - zgodnie z tym modelem ktoś byłby ciągle właścicielem praw do wydania dajmy na to Iliady Homera... Po trzecie wreszcie, trzeba by zbudować biurokratyczny system monitorujący płatności. Byłoby to szczególnie skomplikowane w przypadku utworów wykorzystujących inne chronione utwory. Jako że możliwa byłaby nieskończenie długa ochrona, można sobie wyobrazić rosnące koszty monitorowania systemu. Autorzy rozważają część tych wątpliwości proponując bardzo szerokie zdefiniowanie dozwolonego użytku.
 
Podsumowując - to tylko rozważania teoretyczne, fajnie jednak, że ktoś się tym zajmuje w USA... Ciekawe jak z ekonomiczną analizą prawa jest u nas?
środa, 10 września 2008
A może by tak chronić utwory w nieskończoność?
Nawiązując do dwóch tekstów, które przy okazji zdecydowanie polecam (pierwszy tekst, drugi tekst), chciałbym zwrócić uwagę na to, że Unia Europejska snuje całkiem realne plany wydłużenia ochrony praw wykonawców i producentów muzycznych. W tej chwili w Europie okres ten wynosi 50 lat, a jako że w USA jest dłuższy, naturalne dla pewnych grup interesów jest dążenie do zrównania tych wartości w obu regionach.
 
Oczywiście nie chodzi o skrócenie czasu trwania ochrony. Kiedyś już pisałem, że utwór muzyczny bardzo długo przynosi zyski. Wygląda na to, że może przynosić jeszcze dłużej. Tendencję do wydłużania czasu ochrony ładnie ilustruje wykres, który znalazłem na Wikipedii:
(C)_Tom_Bell
 
Oczywiście prawo autorskie jest dużo bardziej złożone i nie da się go sprowadzić do jednego wykresu... Przykładowo - utwór jest chroniony przez 70 lat po śmierci autora, ale w przypadku "corporate authorship" (czyli utworów stworzonych  anonimowo na zlecenie firmy) czas ochrony wynosi 120 lat od powstania lub 95 od publikacji, którakolwiek z dat przypada wcześniej. Nie wnikając w szczegóły - rzut oka na wykres wystarczy by stwierdzić. że tendencja jest widoczna wyraźnie... Nie wątpię, że ochrona utworów "po wszech czasy" marzy się niejednej wytwórni muzycznej lub organizacji zbiorowego zarządzania...
sobota, 23 sierpnia 2008
Trudna sytuacja internetowych stacji radiowych w USA

Jak donosi Washington Post, amerykańskiemu radiu internetowemu Pandora grozi bankructwo. Spowodowane jest to nałożeniem na internetowych nadawców w USA wysokich opłat z tytułu wykorzystania praw autorskich.

Dla nieznających serwisu Pandora - jest to amerykański odpowiednik Last.fm. Różni się sposobem dobierania repertuaru oraz tym, że od pewnego czasu działa wyłącznie w USA. Jakiś czas temu można było słuchać Pandory i u nas, ale zasięg serwisu został ograniczony z tych samych powodów, dla których teraz grozi mu likwidacja.

O co właściwie chodzi? W USA tradycyjne stacje radiowe nie płacą tantiem producentom i artystom wykonawcom. U nas jest inaczej - pieniądze te zbierają ZPAV (działające w imieniu producentów) oraz SAWP i STOART (działające w imieniu artystów wykonawców). Akty prawne uchwalone w USA w latach 90. XX w. (The Digital Performance in Sound Recordings Act oraz osławiony Digital Millennium Copyright Act) nałożyły takie opłaty, ale tylko na stacje internetowe i satelitarne. Nie wnikając w szczegóły - stacje internetowe z tytułu tych opłat muszą płacić znacznie więcej niż stacje satelitarne. Wziąwszy pod uwagę, że stacje tradycyjne nie płacą nic (choć aktualnie lobbyści SoundExchange starają się to zmienić) - trudno jest mówić o zdrowej konkurencji na rynku radiowym w USA.

Wskutek podwyższonych opłat dla nadawców internetowych w USA, największa amerykańska internetowa stacja radiowa - Pandora (nie mówiąc o setkach mniejszych nadawców) - znajdzie się w bardzo trudnej sytuacji. W tym roku aż 70% przychodów Pandory poszło na opłaty z tytułu wykorzystania praw autorskich. Fajnie, że artyści wykonawcy dostają pieniądze, ale rodzą się pytania: 1) czemu tradycyjne stacje radiowe nie płacą z tego tytułu nic (płacą  autorom, ale nie wykonawcom), 2) czy opłaty te nie powinny uwzględniać specyfiki radia internetowego? Pamiętajmy, że w radiu internetowym tego typu niemal każdy słuchacz słucha czego innego (spersonalizowana oferta), podczas gdy w radiu tradycyjnym każdy dostaje do samo. Wpływa to nieco na prowadzenie biznesu i możliwość uzyskiwania przychodów reklamowych (służących pokryciu opłat z tytułu wykorzystania praw autorskich)...

Szczęśliwie kłopoty tego typu omijają na razie założone w Europie Last.fm... Cała sytuacja pokazuje jednak jak wielką władzę mają ustalający wysokość opłat z tytułu nadawania muzyki...

wtorek, 15 lipca 2008
O "Odcinaniu piratów od sieci" czyli dlaczego branża fonograficzna nie da rady
W Gazecie Wyborczej ukazał się tekst o tym jak przedstawiciele producentów kultury (m.in. reprezentanci branży muzycznej) naciskają na Ministerstwo Kultury w celu zmiany prawa autorskiego. Zależy im m.in. na ograniczeniu "tzw. dozwolonego użytku osobistego. Chodzi o zapis, który pozwala m.in. legalnie skopiować płytę CD od kolegi czy ściągnąć ją z internetu (ale już nie rozpowszechniać!)" (Źródło: "Piratów odciąć od sieci", Zbigniew Domaszewicz, Piotr Miączyński, Gazeta Wyborcza, 15.07.2008 r.).

Jak słusznie zauważają autorzy tekstu w jest to ogólnoświatowy trend (poczytajcie też tu). Załóżmy, że organizacjom lobbującym może się udać - prawo zostanie zmienione na bardziej niekorzystne dla tzw. piratów internetowych. W krótkim terminie będzie sporo zamieszania, krzyku i histerii. A w długim terminie, jeśli chodzi o muzykę, niewiele się zmieni - ludzie ściągali i będą ściągać, szczególnie w Polsce. Jeśli chce się ograniczyć tzw. "piractwo internetowe" i spowodować by artyści zarabiali więcej, trzeba działać inaczej. Kilka argumentów przemawiających za tym, że branża fonograficzna raczej nie wygra tej batalii:
  1. Obecny model biznesowy branży fonograficznej jest absolutnie niewydolny - wydanie płyty kompaktowej jest ultra nieefektywnym sposobem dostarczania twórczości do finalnych odbiorców - w przypadku absolutnej większości wydanych płyt prawie nikt nie zarabia pożądnych pieniędzy, a już na pewno nie artyści; pisałem o tym tu. Nikomu poza największymi wytwórniami muzycznymi nie opłaca się w długim terminie utrzymywanie tradycyjnego modelu biznesowego branży fonograficznej.
  2. Artyści zaczęli się orientować, że znaczna część branży muzyczej nie nadąża za postępem technologicznym i sami wzięli się za wykorzystanie nowych technologii do sprzedaży muzyki; jak pisałem tu - samodzielnie wydający swoją twórczość artyści mogą zarobić dużo więcej niż gdyby "pomagała" im branża fonograficzna.
  3. Słuchacze muzyki w Polsce używają np. Last.fm i widzą, że można tanio nadawać, a czasami także dystrybuować ciekawą muzykę. Za darmo. A pamiętajmy, że prędzej czy później Last.fm uruchomi serwis subskrypcyjny.
  4. Słuchacze muzyki w Polsce widzą, że oferta naszych sklepów z plikami muzycznymi jest a) skromna; b) nieatrakcyjna cenowo. Widzą to też autorzy tekstu w Gazecie Wyborczej "...w Polsce o legalną muzykę czy filmy w sieci wcale nie tak łatwo. Jeden z najstarszych sklepów z legalną e-muzyką Soho.pl oferuje tylko 10 tys. utworów. Kilkaset tysięcy piosenek mają e-sklepy w dużych portalach czy serwis Iplay.pl, ale jedna piosenka kosztuje nawet 4 zł. Dla porównania - niedostępny w Polsce amerykański iTunes oferuje ponad 6 mln utworów po zaledwie 99 centów za utwór" (ibid.). Oddajmy sklepom z plikami sprawiedliwość - autorzy nie posłużyli się przykładem sklepu, który ma największą w Polsce ofertę. Nie zmienia to jednak faktu, że polskie sklepy z plikami nie są atrakcyjną alternatywą nawet dla zwykłych sklepów płytowych, a co dopiero dla darmowej muzyki z sieci P2P.
  5. Słuchacze w Polsce widzą, że np. w USA działa Rhapsody, które oferuje nieograniczony dostęp do muzyki za około 15 USD miesięcznie. Niejeden fan w Polsce byłby w stanie zapłacić 30 PLN miesięcznie za dobry wybór i nieograniczony dostęp do fajnej muzyki. I przy okazji za święty spokój. Niestety branża fonograficzna nie oferuje nam tak efektywnego systemu dystrybucji muzyki. I pewnie jeszcze długo nie zaoferuje. Dlaczego? Pytajcie branży.
  6. Na koniec argument podsumowujący - słuchacze widzą nie tylko, że płyty są drogie, ale także że można legalnie dystrybuować muzykę inaczej - netlabele, Rhapsody, Qtrax, MySpace, darmowe legalne albumy Nine Inch Nails, Sigur Ros, Radiohead, itd. Argument o tym, że każda płyta musi kosztować kilkadziesiąt PLN dezaktualizuje się z dnia na dzień.
Reasumując: Polacy będą kupować muzykę legalnie jeśli a) zaoferuje się im jej zakup po atrakcyjnych cenach w przyjaznych i dobrze zaopatrzonych sklepach internetowych; b) wzrośnie poziom zamożności społeczeństwa; c) będą mieli poczucie, że wydane środki trafiają do artystów. A póki co będą ściągać. Zmiana prawa spowoduje trochę zamieszania, ale raczej nie zmieni poważnie stanu rzeczy.
piątek, 27 czerwca 2008
Ściganie osób ściągających muzykę z internetu... (czy także z Wrzuty?)
Ostatnio w Gazecie Wyborczej ukazały się 2 teksty opisujące działania podjęte przez pewną kancelarię prawniczą przeciwko osobom ściągającym muzykę, filmy i gry z internetu. W pierwszym z tekstów czytamy m.in., że:
"Internauci ściągający gry, filmy czy muzykę dostają pisma od warszawskiej kancelarii prawniczej, która straszy sądem i żąda odszkodowań za piractwo. Adresy i nazwiska internautów prawnicy dostają od policjantów. Pisma brzmią groźnie. 'Zatrudniony specjalnie w tym celu przeze mnie personel, we współpracy z międzynarodową firmą wyspecjalizowaną w ściganiu przestępstw oraz przestępców internetowych, ustalił, że jako użytkownik internetu (...) bezprawnie rozpowszechniał Pan utwory chronione przepisami ustawy prawo autorskie' - czytamy w piśmie warszawskiej kancelarii prawniczej Obig." (Źródło: Piracie, zapłać haracz, Zbigniew Domaszewicz, Piotr Miączyński, 2008-06-21, Gazeta Wyborcza)
W drugim z tekstów czytami m.in., że:
"Mechanizm ma jednak lukę. Według naszych informacji najczęściej Obig rozsyła swe pisma zaraz po zdobyciu personaliów podejrzewanych osób - czyli jeszcze zanim policja zrobi nalot na mieszkanie, zabezpieczy wszelkie dowody elektroniczne i uzyska ekspertyzę biegłego. Tymczasem dopiero po tych czynnościach można zdobyć twarde dowody winy podejrzewanej osoby.
- W zasadzie te pisma można uznać za ostrzeżenie, by czym prędzej sformatować dysk twardy i znów go zapisać, zacierając ślady. Dla pewności parę razy. Albo wywieźć z domu komputer i wszystkie płyty CD - ironizuje specjalista z organów ścigania (zastrzegł anonimowość). Wtedy w rękach policji pozostanie jedynie numer IP wychwycony przez program Logistepu. To najwyżej poszlaka, która w żadnym razie nie odpowiada np. na pytanie, czy ten, kto jest stroną umowy z dostawcą internetu, to ten sam człowiek, który korzystał z komputera w sposób niezgodny z prawem." (Źródło: Czy piraci mogą spać spokojnie? Zbigniew Domaszewicz, Piotr Miączyński, 2008-06-22, Gazeta Wyborcza)
Tradycyjnie jestem przeciwny takim działaniom - nie tędy droga. Przy okazji powyżej zacytowanych tekstów oraz tego co pisałem o serwisie Wrzuta, chciałem zwrócić uwagę na legalność działania serwisów umożliwiających ściąganie muzyki z Wrzuty. O ile na Wrzucie można jedynie odsłuchiwać utwory i wypada mieć nadzieję, że serwis reguluje kwestie praw autorskich "za słuchaczy", o tyle serwisy umożliwiające ściągnięcie muzyki z Wrzuty idą o krok dalej. Przykłady tych serwisów to: "Pobieranie mp3 z wrzuta.pl" lub "Pobieranie z wrzuta.pl". Na podobnej zasadzie działa serwis Tube Gold umożliwiający ściąganie materiałów z YouTube. Użytkowanie serwisów jest banalnie proste - wystarczy wkleić link do utworu z Wrzuty, a plik będzie gotowy do ściągnięcia.
 
Można argumentować, że skoro Wrzuta jest czymś na kształt radia na żądanie, to opisane serwisy są niczym innym jak możliwością "nagrania" muzyki z radia. Dokładnie na tej samej zasadzie jak nagrywaliśmy kiedyś piosenki nadawane w radiu za pomocą magnetofonów kasetowych. Z drugiej strony jednak, serwisy takie umożliwiają prawie dokładnie to samo co umożliwiał kiedyś serwis MP3.com oraz w innej formie Napster - ściąganie muzyki z internetu na skalę masową. Przypomnijmy, że MP3.com oraz Napstera z hukiem zamknięto... Ciekaw jestem jak to widzą prawnicy.
czwartek, 12 czerwca 2008
Organizacje zbiorowego zarządzania - ZAiKS, ZPAV, SAWP, STOART
Organizacje zbiorowego zarządzania, a konkretnie te z nich, które zajmują się muzyką - ZAiKS, ZPAV, SAWP, STOART - budzą od dłuższego czasu poważne kontrowersje wśród części słuchaczy. Część z tych kontrowersji jest zapewne uzasadniona, wiele jednak wynika z niedostatecznego zrozumienia roli jaką pełnią organizacje zbiorowego zarządzania. Nie jestem ekspertem z zakresu prawa, więc to co napiszę będzie jedynie próbą spojrzenia na działalność organizacji zbiorowego zarządzania z punktu widzenia ekonomii i funkcjonowania rynku muzycznego. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o prawnych aspektach ich działalności - zachęcam do śledzenia np. serwisu VaGla.pl.

Zacząć trzeba od tego, że prawo autorskie operuje pojęciem "pola eksploatacji" - czyli sposobu w jaki może być wykorzystany utwór. Za wykorzystanie utworu na różnych polach eksploatacji należą się wynagrodzenia, w przypadku muzyki przynajmniej trzem grupom: twórcom (autorom tekstu lub muzyki), producentom (wydawcom) i artystom wykonawcom (np. tym, którzy "tylko śpiewają" czyjś utwór). Czyli np. zwielokrotnienie utworu określoną techniką, nadanie utworu w radiu lub telewizji, publiczne wykonanie lub odtworzenie skutkują stworzeniem przychodu dla trzech wymienionych wcześniej grup. Zbieraniem środków należnych zajmują się Polsce ZAiKS (działające w imieniu twórców tekstów i muzyki), ZPAV (działające w imieniu producentów) oraz SAWP i STOART (działające w imieniu artystów wykonawców).
 
Za zbieranie środków należnych różnym podmiotom rynku muzycznego organizacje zbiorowego zarządzania pobierają opłaty. I tu należy postawić pytanie: czy artyści nie mogliby sami zbierać należnych im środków, a jeśli tak to czy wyszłoby to taniej? W tym miejscu wkracza czysta ekonomia - wyobraźmy sobie, że artysta miałby samemu monitorować cały rynek (w Polsce i w innych krajach) aby sprawdzić czy gdzieś nie wykorzystano jego lub jej twórczości. Byłoby to trudne z dwóch powodów: 1) koszt tych działań z reguły przewyższałby potencjalne zyski; 2) artysta mógłby się okazać zbyt słabym podmiotem by uzyskać pieniądze od np. dużych koncernów (dajmy na to sieci hipermarketów). To właśnie tworzy ekonomiczne podstawy do powstania organizacji zbiorowego zarządzania, które z założenia miały być na tyle silnymi podmiotami, by mogły w imieniu artystów samemu skutecznie pozyskiwać należne środki.
 
I tu dochodzimy do problemu - większość organizacji zbiorowego zarządzania to monopoliści. Mimo, że OZZów jest w Polsce sporo, prawie każda z tych organizacji zajmuje się trochę czym innym (działa w imieniu innych kategorii podmiotów), wobec czego na swoim polu są monopolistami. Nawet osoby nie obeznane z ekonomią wiedzą, że monopole są złe, bowiem są nieefektywne i prowadzą do wyższych cen. Powstaje więc pytanie - czy organizacji zbiorowego zarządzania nie mogłoby być więcej, tak by konkurując, oferowały artystom skuteczniejsze ściąganie tantiem za niższą cenę? Można dyskutować czy z przyczyn czysto ekonomicznych monopol nie jest w tym przypadku najbardziej racjonalną formą organizacji rynku. Innymi słowy - czy jedna organizacja posiadająca struktury służące efektywnemu ściąganiu należności nie będzie w sumie bardziej skuteczna niż kilka konkurujących podmiotów? Nie prowadziłem badań na ten temat, ale z pobieżnych obserwacji łatwo stwierdzić, że istnienie przynajmniej dwóch organizacji zbiorowego zarządzania konkurujących na danym polu eksploatacji jest możliwe. Przykładem jest SAWP i STOART.

Czemu więc organizacje zbiorowego zarządzania budzą takie kontrowersje skoro spełniają pożyteczne funkcje i artyści sami nie mogą (lub do tej pory nie mogli) się tym zająć? Przyczyn jest kilka:
  • organizacje zbiorowego zarządzania to w większości przypadków monopoliści - nikt nie lubi nie mieć wyboru i płacić wyższe ceny; więcej poczytajcie np. tu;
  • niektóre organizacje zbiorowego zarządzania oferują artystom niekorzystne warunki współpracy (oczywisty efekt monopolu); więcej poczytajcie np. tu;
  • organizacje zbiorowego zarządzania nie nadążają (lub nie chcą nadążać) za zmianami technologicznymi dokonującymi się od kilkunastu lat; przykład - kontrowersje wokół uznania przez organizacje zbiorowego zarządzania licencji Creative Commons; problem jest bardzo złożony i OZZy mają swoje racje, jednak niejednokrotnie zajmują stanowisko bliższe własnym interesom niż interesom artystów; więcej poczytajcie np. tu;
  • istnienie organizacji zbiorowego zarządzania było uzasadnione kształtem rynku w czasach winylu i płyty kompaktowej, jednak w sytuacji rosnącej dominacji plików i subskrypcji muzycznych ich funkcje mogą być wykonywane efektywniej przez tzw. agregatorów (np. iTunes lub Last.fm); sprawa przyszłościowa - zobaczymy czy zmiany w prawie podążą za technologią;
  • zbieranie środków przez niektóre OZZy cechuje się zbyt radykalną skrupulatnością (np. każąc płacić sprzedawczyni słuchającej radia w niewielkim miejscu pracy), co nie zjednuje im (ani artystom) sympatii w oczach opinii publicznej.
Listę tę możnby wydłużać. Nie jest moim celem ani obrona OZZów ani ich totalne krytykowanie. W dzisiejszym kształcie wiele w nich trzeba zmienić. Z ekonomicznego punktu widzenia istotne jest np. to, że o ile OZZy mogą dobrze (lub poprawnie) działać w imieniu wielkich i popularnych artystów, o tyle gorzej wypadają jeśli chodzi o artystów mało znanych. Więcej poczytajcie tu.

A na zakończenie garść lektur na omawiany temat:
 
1 , 2
Zakładki:
ENGLISH VERSION
o autorze
serwisy poświęcone netaudio
muzyka: katalog netlabeli (legalne mp3 za darmo)
muzyka stąd (PL, CZ, YU, UA...itd.)
muzyka, kultura: blogi, czasopisma
muzyka: nowości z netlabeli
muzyka: portale (informacje, nowości)
Nauka
Organizacje, wiki
Programy
Zaprzyjaźnione

Biznes Muzyczny: książka o branży fonograficznej

Kliknij aby dowiedzieć się więcej
Ksiazka: Biznes Muzyczny


Add to Technorati Favorites
Creative Commons License
Pewne prawa zastrzeżone
Patryk Gałuszka
katalog blogów - wjo.pl
hit counter