przemysł kulturowy, biznes muzyczny, ekonomia kultury, muzyka popularna, media, fonografia, ekonomia własności intelektualnej, zarządzanie kulturą, marketing muzyki, netlabel, mp3 blog, popular music studies
środa, 01 grudnia 2010
Bałkańskie dźwięki do ściągnięcia: Demiran Ćerimović and His Orkestar

Właśnie natknąłem się na nagranie Demiran Ćerimović and His Orkestar - Live from Guča. Jak wskazuje tytuł jest to zapis występu z festiwalu w miejscowości Guča. Bardzo lubię takie dźwięki, więc błyskawicznie dzielę się tym wynalazkiem. Nagranie jest na żywo, więc jakość nie jest porażająca, ale jest też za darmo, więc fani takich brzmień nie powinni narzekać.

Demiran Ćerimović and His Orkestar

Live from Guča można ściągnąć lub odsłuchać bezpośrednio z tej strony internetowej.

 

poniedziałek, 29 listopada 2010
Muzyka świąteczna część 7 (tym razem z Filipin)

By tradycji stało się zadość, jak co roku proponuję posłuchanie nietypowych wykonań kolęd. Tym razem propozycja z Filipin. Artysta nazywa się Emorej, pisałem o nim kiedyś, a niedawno przypomniał mi o nim dysponujący zawsze garścią przydatnych linków mlonx (za co dzięki). EPkę Emoreja o tytule "Re-Imagining CHRISTMAS" znajdziecie tutaj. Można ją odsłuchać z poziomu strony www lub ściągnąć po podaniu ceny (można rzecz jasna podać zero). Swoją drogą ciekawe jak obchodzą te święta na Filipinach?

Re​-​Imagining Christmas EP (2010) emorej

Przy okazji garść linków do starych wpisów o muzyce świątecznej: tu, tu, tu, tu, tu i tu. A tu są moje ulubione kolędy 8-bitowe.

poniedziałek, 15 listopada 2010
Książka o scenie DIY punk rock

W ubiegłym tygodniu otrzymałem w końcu z księgarni internetowej długo oczekiwaną przesyłkę - książkę pt. "Punk record labels and the struggle for autonomy: the emergence of DIY". Jej autorem jest pracujący na Trent University badacz muzyki popularnej Alan O'Connor.

Książka jest bardzo szczegółową analizą tego co wydarzyło się na niezależnej scenie punk rockowej i hardcorowej w USA i Wielkiej Brytanii w latach 80. i 90. XX w. Wyjaśnienia wymaga tu przede wszystkim słowo "niezależna" - nie chodzi o scenę "indie", ale DIY ("zrób-to-sam"). Scena ta opierała się na samodzielnej pracy muzyków i osób zaangażowanych, zajmujących sie procesem produkcji i dystrybucji nagrań w sposób całkowicie niezależny od branży muzycznej (może nawet lepszym określeniem byłoby "w sposób opozycyjny").

Scena ta jest chętnie analizowana przez socjologów kultury z wykorzystaniem koncepcji Pierre Bourdieu. Tym co różni książkę O'Connor'a od wcześniejszych tekstów na ten temat jest rozmach przeprowadzonych przez niego badań empirycznych. Nie wyrobiłem sobie jeszcze ostatecznego zdania o wnioskach, do których dochodzi autor, jednak już zastanawiam się, jak można zinterpretować rozwój netlabeli w kontekście wiedzy o scenie DIY.

Pytania te stawiałem sobie już na długo przed lekturą wspomnianej książki i oparłem na nich moje badania sceny netaudio, jednak im więcej wiem o wspomnianych zjawiskach, tym więcej mam pytań.  Przede wszystkim: czy można te sceny w ogóle porównywać, wziąwszy pod uwagę całkowicie odmienne uwarunkowania ekonomiczne? Internet zmienił przecież nie tylko komercyjną  branżę muzyczną, ale także zrewolucjonizował sceny stojące w opozycji do mainstreamu. Obecnie, dzięki sieci, nie musimy się zmagać w ogóle z problemami, które były sednem bycia w opozycji do branży muzycznej w latach  80. (np. dystrybucją nagrań lub ich promocją). Któż by się teraz trudził wydawaniem zinów, skoro można zrobić serwis internetowy łatwiej i taniej, docierając przy tym do większej liczby fanów? Takich pytań mam dziesiątki, a doba ma tylko 24 godziny. Ot typowe wątpliwości i utyskiwania badacza, którymi w najbliższym czasie postaram się podzielić w oddzielnym wpisie.

piątek, 29 października 2010
Netlabelism.com

Rynek nie znosi próżni. Także rynek darmowej muzyki, czy może raczej informacji o darmowej muzyce. Czytelnicy Phlow Magazine mogli od pewnego czasu zaobserwować mniejszą aktywność twórców tego szacownego serwisu. Główni autorzy Phlow Magazine napisali, że przejściowa mniejsza aktywność serwisu spowodowana jest brakiem czasu,  wynikającym głównie ze spraw rodzinnych. Szczęśliwie na froncie pisania recenzji dzielnie walczy dalej hiszpańskojęzyczna wersja zinu - Phlow.es.

Tak jak napisałem, świat netaudio nie znosi próżni, więc chwilowy brak nowych recenzji  we Phlow Magazine rekompensuje powstanie nowych serwisów. Najdonioślejszym debiutem ostatnich tygodni jest chyba serwis netlabelism.com, stworzony w dużej mierze przez ważne postacie Kolońskiej sceny netaudio (a więc osoby towarzysko związane także z Phlow Magazine). Całość wygląda bardzo ciekawie i wydaje się być robiona z dużym rozmachem. Spodziewam się, że fani darmowej muzyki będą chętnie zaglądać do serwisu netlabelism.com, do czego zachęcam. Im więcej pisze się o darmowych nagraniach, tym lepiej.

piątek, 08 października 2010
Google i John Lennon

Google na stronie głównej wyświetla czasami swoje logo w nieco zmienionej formie. Tak było np. przy okazji rocznicy stworzenia legendarnej gry Pacman, kiedy to strona główna wyszukiwarki wyglądała tak. Dziś Google zaskoczył mnie jednak bardziej niż zwykle. Oto jak wygląda strona główna wyszukiwarki:

Google i John Lennon

Wygląda na tyle intrygująco, że kliknąłęm na ikonę "play", po czym wyświetliła się prosta animacja oraz fragment utworu Johna Lennona "Imagine". Powodem jest 70 rocznica urodzin artysty (obchodzona jutro), co przez przypadek zbiegło się z dniem przyznania pokojowej nagrody Nobla (dzisiaj).

Ciekawe jest jednak co innego: ile Google zapłacił za prawo do odtworzenia 32 sekund utworu? Musiały to być spore pieniądze. Ciekawe czy rozliczenie z właścicielami nagrania zostanie dokonane na podstawie liczby odtworzeń czy płatność wniesiona została ryczałtem? Postaram się poszukać odpowiedzi na te pytania w najbliższym czasie. Tak czy inaczej Google stać pewnie na każdy utwór...

wtorek, 05 października 2010
Nowe płyty do odsłuchania na stronie internetowej gazety

Strona internetowa brytyjskiego Guardiana udostępniła właśnie do odsłuchania nową, jeszcze oficjalnie nie wydaną płytę zespołu Antony and the Johnsons - Swanlights. W przeciągu kilkunastu godzin informacja o wydawnictwie została polecona na Facebooku 793 razy a na Twitterze 141 razy. Niezły wynik jak na muzykę nie do końca pasującą do repertuaru większości stacji radiowych.

Udostępnienie możliwości odsłuchania płyty na stronie internetowej popularnego dziennika stanowi ciekawą alternatywę promocyjną dla tych artystów, którzy mają małe szanse na promocję radiową. Wprawdzie pewna część odsłuchujących uzna, że wystarczy im kilkukrotne posłuchanie płyty w internecie i w ostateczności jej nie kupi, jednak możliwość bezpośredniego dotarcia do swojej grupy docelowej musi być dla artysty kusząca. Ciekawe czy takie udostępnienie nagrań w istocie zmniejsza sprzedaż płyty (ale np. zwiększa widownię na koncertach) czy raczej - ku zaskoczeniu części branży fonograficznej - pomaga w sprzedaży nagrań. O radiu też kiedyś myślano, że szkodzi sprzedaży płyt (bo nadaje muzykę "za darmo"), szybko jednak okazało się, że jest wręcz przeciwnie - wytwórniom muzycznym bardzo zależy na obecności ich nagrań w stacjach radiowych.

Na koniec jednak chciałbym zadać najciekawsze - moim zdaniem - pytanie: kiedy Gazeta.pl (lub inna gazeta) zdecyduje się na podobny krok? Albo inaczej: kiedy polscy artyści zdecydują się udostępnić swoje nowe nagrania do odsłuchania na tydzień przed oficjalną premierą, a jednocześnie któryś z dzienników (tygodników) uzna, że warto wziąć udział w takiej akcji promocyjnej?

wtorek, 14 września 2010
"Nikt nie lubi ZAiKS-u" - komentarz

Krótki komentarz do tekstu "Cicho w sklepach i u fryzjera. Nikt nie lubi ZAiKS-u". Krótki ponieważ, jak wspomniałem w ostatnim wpisie, jestem zajęty opracowywaniem wyników badań sceny netaudio (interesujących nota bene w kontekście wspomnianego tekstu, ale o tym innym razem).

We wspomnianym tekście autorka donosi, że:

"Zamilkły radia w sklepach, zakładach fryzjerskich, gabinetach kosmetycznych. - Zdemontowałam wieżę, zrezygnowałam z abonamentu radiowego. Wszyscy wkoło robią tak samo - mówi właścicielka bielskiego salonu fryzjerskiego. Wszystko po tym, gdy ZAiKS zaczął upominać się o tantiemy dla artystów" (Źródło: Furtak E., Cicho w sklepach i u fryzjera. Nikt nie lubi ZAiKS-u, Wyborcza.pl z dnia 12.09.2010 r.).

Komentarz dotyczy może nie tyle samego tekstu, ale dyskusji, która rozpętała się na forum - w chwili gdy to piszę jest już 345 wpisów. Wprawdzie należy odnotować, że w dyskusji pojawiają się także głosy merytoryczne, jednak wiele wpisów pokazuje jak mało zrozumiałe są przyczyny, dla których wspomniane opłaty istnieją. Z drugiej jednak strony, trzeba zauważyć, że wielu wypowiadających się stawia słuszne diagnozy, nawet jeśli nie do końca rozumieją przyczyny stanu rzeczy. Na przykład, jeden z internautów napisał:

"a że poziom tego co ci "artyści" tworzą jest 2 metry poniżej mułu to tego nikt nie widzi ??? w radiu w komercyjnych stacjach puszczane są właśnie takie "artystyczne" kwiatki, więc nie bardzo rozumiem za co tu płacić i to jeszcze jakiemuś pośrednikowi ZAiKS-owi"

Uwaga jak najbardziej słuszna - repertuar znacznej części stacji radiowych jest słaby, jednak nie jest temu winien ZAiKS, tylko sposób dobierania repertuaru, będący niestety funkcją m.in. poziomu edukacji muzycznej słuchaczy.

Czym więc zajmuje się ZAiKS i, jak piszą internauci, "im podobne organizacje"? Szczegółowo już to kiedyś wyjaśniałem na blogu, zachęcam do przeczytania tego wpisu. Do praktyk stosowanych przez organizacje zbiorowego zarządzani można mieć wiele zastrzeżeń - pisałem o tym choćby tu i tu. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli w istocie odtwarzanie muzyki zwiększa przychody zakładów usługowych, wówczas - z ekonomicznego punktu widzenia - logicznym byłoby wymaganie od tych podmiotów by płaciły za to co przyczynia się do wzrostu ich dobrobytu. Innymi słowy, skoro fryzjer płaci za - dajmy na to szyld reklamowy przytwierdzony do sąsiedniego budynku (opłaca mu się to bo reklama przyciąga klientów) - nie ma powodów by nie płacił za odtwarzaną muzykę. Oczywiście można dyskutować czy należy płacić także za wykorzystywanie muzyki nadawanej w stacjach radiowych. Wątpliwości można tu mnożyć, bo np. co jeśli wykorzystuje się TOKfm, które muzyki nadaje bardzo mało, ale jednak ją nadaje? Opisana w tekście metoda taksówkarza wyłączającego radio po usłyszeniu wiadomości pokazuje do jakich paradoksów dochodzi.

Argumenty za obowiązkowym płaceniem rodzą jednak dwie wątpliwości:

  • Czy koszty ściągania opłat od wszystkich punktów potencjalnie wykorzystujących muzykę nie są większe od korzyści? Co innego bowiem jeśli kontrolerzy ZAiKS odwiedzą największe puby i dyskoteki, a co innego gdy chodzą po kioskach Ruchy by sprawdzić, czy czasem nie gra tam małe radio (które zresztą ma raczej zabawić sprzedawcę, a nie klientów).
  • Czy włączanie radia w punkcie usługowym w istocie przyciąga klientów? Nie wątpie, że są badania, które to udowadniają. Problem jednak polega na tym jak i kiedy te badania przeprowadzano. Obecnie oferta muzyczna większości polskich stacji radiowych jest bowiem w istocie tak słaba, że niejeden klient chętnie by zapłacił aby np. nie musieć słuchać radia u fryzjera. Oczywiście nieco przesadzam, jednak osobiście bardzo ucieszyłbym się gdybym w większości punktów usługowych nie musiał słuchać muzyki, którą wybierają usługodawcy. Od razu sam sobie odpowiem: jeśli usługodawcy nie będą chcieli płacić organizacjom zbiorowego zarządzania, a jednocześnie uznają, że "muzyka musi być", wówczas dla klientów o nieco bardziej wyrafinowanych gustach sytuacja zmieni się na gorsze. Usługodawcy skorzystają bowiem z ofert firm dostarczających muzykę, za którą nie trzeba płacić organizacjom zbiorowego zarządzania. I nie mam tu bynajmniej na myśli muzyki wydanej na licencjach Creative Commons, ale tzw. Muzak (wyjaśnienie na podlinkowanej Wiki).

Co mogą więc zrobić usługodawcy?

  1. Płacić organizacjom zbiorowego zarządzania i mieć święty spokój.
  2. Wyłączyć radio (i klienci będą mieli święty spokój); oczywiście nie wchodzi to w rachubę w przypadku pubów, barów itp., które w istocie przyciągają klientów muzyką i raczej nie wykorzystują radia, ale własne playlisty.
  3. Skorzystać z usług dostawców Muzaka (nie zachęcam!). Wówczas klienci o nieco większych wymaganiach muzycznych pójdą sobie do lokali, które wykorzystują "prawdziwą" muzykę lub nie wybierają ciszę.
  4. Skorzystać z muzyki wydanej na licencjach Creative Commons dopuszczających wykorzystanie komercyjne. Niestety większość artystów wydających nagrania na licencjach Creative Commons nie pozwala na wykorzystanie komercyjne, jednak jak się poszuka, wówczas na pewno znajdzie sie ciekawą muzykę.

Na koniec dodam, że populistyczni krytycy organizacji zbiorowego zarządzania (wielu z nich skomentowało wspomniany artykuł) są niejednokrotnie jednocześnie zdecydowanymi zwolennikami ściągania muzyki za darmo z internetu, co uzasadniają tym, że "artyści zarobią w inny sposób". Jest tu pewna niekonsekwencja -  środki pobierane przez organizacje zbiorowego zarządzania są właśnie tymi "innymi sposobami", umożliwiającymi do pewnego stopnia tworzenie modeli biznesowych zakładających udostępnianie muzyki słuchaczom za darmo. Jeśli bowiem artysta udostępni swoją płytę np. w sieciach P2P lub na jamendo, wówczas powinien móc liczyć na przychody z innych źródeł. Takimi źródłami są m.in. przedsiębiorcy wykorzystujący ich nagrania. Tu oczywiście wracamy do zadanego wcześniej pytania "Czy puszczanie w punkcie usługowym radia w istocie przyciąga klientów?" i czy organizacje zbiorowego zarządzania rzeczywiście dobrze wykonują zadanie zbierania należnych środków.

Ponadto współpraca organizacji zbiorowego zarządzania z artystami udostępniającymi nagrania słuchaczom za darmo, a jednocześnie chcącymi czerpać zyski z innych pól eksploatacji, nie przebiega(ła) łatwo (patrz ten wpis), co dodatkowo komplikuje interpretację problemu.

Reasumując: sprawa jest nieco bardziej skomplikowana i nie da sie jej wyjaśnić ani an forum internetowym ani w tym wpisie. Jak nic trzeba będzie napisać książkę.

A wpis miał być krótki...

sobota, 11 września 2010
Pierwszy rozdział książki do ściągnięcia: Narodziny i rozwój branży fonograficznej

Wydawca mojej książki zadecydował o rozpoczęciu sprzedaży "Biznesu muzycznego" w formie elektronicznej. E-book można zakupić m.in. tutaj oraz tutaj. Dla tych, którzy wolą papierowe wydanie - kilka adresów księgarni internetowych.

Przy okazji wydawca udostępnił w sieci wstęp oraz pierwszy rozdział książki.  Rozdział  ten poświęcony jest narodzinom i rozwojowi branży fonograficznej. Można go za darmo, legalnie pobrać z serwisu Chomikuj - serdecznie zapraszam.

Przy okazji - zauważyłem, że sierpień 2010 był pierwszym miesiącem, w którym nie opublikowałem żadnego wpisu (licząc od kwietnia 2007). Ostatnio bardzo zajmuje mnie opracowywanie wyników badań sceny netaudio, stąd mniejsza aktywność na blogu. Pisanie artykułów podsumowujących badania jeszcze trochę potrwa, ale od października postaram się wrócić do bardziej regularnego publikowania wpisów.

sobota, 31 lipca 2010
Koszty kampanii antypirackich

Chciałbym skomentować tekst informujący, że RIAA (Recording Industry Association of America - oraganizacja reprezentująca interesy dużych wytwórni muzycznych w USA) traci masę pieniędzy na walkę z tzw. piratami internetowymi (inny tekst po angielsku tutaj). Cała dyskusja istotna jest także dla nas, szczególnie w kontekście sprawy pozwu przeciwko Chomikuj.pl.

OSnews.pl donosi, że w kolejnych latach RIAA wydało:
2006: $19 milionów na prawników, $3.6 miliona na "operacje śledcze".
2007: $21 miliony na prawników, $3.5 miliona na "operacje śledcze".
2008: $16 milionów na prawników, $0,9 miliona na "operacje śledcze" (Źródło: RIAA insestorem dekady, 14.07.2010.).

We wspomnianym wpisie porównano koszty kampanii antypirackich prowadzonych przez RIAA z przychodami organizacji z tytułu ugód z tzw. piratami. Z tekstu możemy się dowiedzieć, że wynik finansowy RIAA jest mocno na minusie.

Oczywiście jeśli spojrzeć na liczby to może to i tak wygląda. Ale celem pozwów RIAA przeciwko osobom, które miałyby się dopuścić naruszania prawa autorskiego nie jest zarabianie pieniędzy, ale odstraszanie potencjalnych "piratów". Jeśli przyjąć taki punkt widzenia, wówczas wychodzi, że działania RIAA mogą być skuteczne. W USA oczywiście dalej ściąga się muzykę z sieci P2P, jednak dzięki akcjom RIAA część osób uznała, że proceder ten po prostu nie opłaca się. Przynajmniej do takiego wniosku dochodzi RIAA obserwując szybki rozwój rynku muzyki cyfrowej w USA.

Z drugiej jednak strony akcje prawne przeciwko potencjalnym piratom rzeczywiście są kosztowne, więc RIAA stara się osiągnąć maksymalny rozgłos przy jak najmniejszych nakładach. Stąd właśnie m.in. sławne akcje przeciwko nastolatkom lub emerytom, którym zdarzyło się ściągnąć pojedyncze utwory. Stwarza to wrażenie, że każdy internauta naruszający prawo autorskie może być pozwany. Jeśli znaczna część ściągających uznała, że lepiej wydać parę dolarów miesięcznie na abonament w Rhapsody lub Napsterze, zamiast narażać się na ryzyko bycia namierzonym przez RIAA, wówczas kalkulacja kosztów i korzyści wygląda inaczej.

Cała sprawa ma jednak jeszcze jeden aspekt. Ben Depoorter i Sven Vanneste w swoim artykule sugerują, że akcje prawne przeciwko naruszającym prawo autorskie wiążą się z paradoksem niemożności. Nie mogą one bowiem jednocześnie osiągać efektu odstraszania (o którym piszę) i promować postaw przychylnych prawu autorskiemu. Można osiągnąć albo jedno albo drugie. Jeśli więc RIAA decyduje się na pozywanie tzw. piratów internetowych, osiągnie zapewne efekt odstraszania, ale z drugiej strony trudniej jej będzie promować normy społeczne sprzyjające przestrzeganiu prawa autorskiego. Intuicyjnie czujemy chyba o co chodzi: metody walki przyjęte przez RIAA budzą kontrowersje, nawet jeśli część opinii publicznej uzna, że są prowadzone w słusznej sprawie.

Na koniec: kto na tym wszystkim zyskuje w każdych okolicznościach? Oczywiście prawnicy -  wystawią oni RIAA rachunek niezależnie od tego czy dojdzie do ugody czy sprawa trafi do sądu.

niedziela, 13 czerwca 2010
Obowiązek nadawania 33% polskiej muzyki w radiu

Jak doniosły ostatnio Gazeta Wyborcza i Rzeczpospolita trwają prace nad przepisami uściślającymi ile polskiej muzyki musi znaleźć się w repertuarze tradycyjnych stacji radiowych.  Rzeczpospolita następująco wyjaśnia jak jest obecnie:

"Wszystko odbywa się zgodnie z prawem lub na jego granicy. Zobowiązuje ono nadawców, by co najmniej 33 proc. emitowanych piosenek było wykonywanych w naszym języku. Rozgłośnie stosują jednak wybieg: prezentują je głównie nocą, kiedy słuchalność jest znikoma. W dzień zaś, w tak zwanym prime time między godz. 6 a 22 króluje repertuar zagraniczny" (Źródło: Jacek Cieślak "Więcej polskiej muzyki w eterze", Rzeczpospolita z dnia 17-05-2010).

Gazeta Wyborcza przytacza natomiast komentarze przedstawicieli stacji radiowych, które krytykują pomysł:

Właściciele stacji protestują i powołują się na dwa argumenty. Pierwszy to taki, że polskie piosenki są kiepskie, więc Polacy (co wynika z ich badań) nie chcą ich słuchać. Drugi, istotniejszy, najkonkretniej ujął Marcin Bisiorek, dyrektor programowy Radia Eska Rock: 'Jak to możliwe, aby w państwie demokratycznym, w którym panuje wolna gospodarka, ktoś chciał regulować formę i kształt biznesu, jaki jest prowadzony.' Podobny koncept pobrzmiewa w wypowiedzi Bogusława Potońca, dyrektora programowego Grupy Radiowej Time: 'Za kilka lat myślenie w kategoriach polityki nakazowo-rozdzielczej, której echa pobrzmiewają w tych propozycjach, będzie kompletnym anachronizmem.'" (Źródło: Wojciech Krzyżaniak "Polska muzyka z przymusem. I dobrze" Gazeta Wyborcza z dnia 2010-06-11).

O co chodzi? Jak nie wiadomo o co chodzi, to pewnie chodzi o pieniądze. Obu stronom. Właściciele stacji radiowych obawiają się, że faktyczne egzekwowanie przepisu o obowiązku nadawania polskiej muzyki odbije się na słuchalności. Nie wiem czy te opinie poparte są badaniami, które mówią, że słuchacze nie chcą słyszeć polskiej muzyki w radiu. Z ekonomicznego punktu widzenia należy jednak zauważyć, że jeśli przepisy będą faktycznie egzekwowane w stosunku do wszystkich nadawców, wówczas nie powinno się to odbić na słuchalności.

Jeśli bowiem każda stacja będzie nadawać więcej polskiej muzyki w dzień, wówczas - nawet jeśli rzeczywiście obniży to słuchalność - powinno obniżyć ją wszystkim nadawcom w podobnym stopniu, wobec czego pozycja konkurencyjna jednych stacji radiowych wobec innych nie ulegnie zmianie. Jeśli miałby nastąpić jakiś  istotniejszy odpływ słuchaczy, wówczas teoretycznie wszystkie stacje stracą po równo, chyba że znajdą się wśród nich takie, które będą umiały lepiej wybrać  polskie nagrania znajdujące uznanie publiczności. Ja jednak w taki odpływ wątpię. Większość słuchaczy nawet pewnie nie zauważy zmian.

Kto zyska? Jeśli po wejściu przepisów w życie w radiu rzeczywiście będzie więcej polskiej muzyki, wówczas zyskają polscy twórcy, producenci (wytwórnie muzyczne) i artyści wykonawcy. To oni bowiem otrzymują za pośrednictwem organizacji zbiorowego zarządzania tantiemy od nadawców. Zamiast płynąć za granice - zostaną w kraju. Jest o co walczyć.

Nawet jeśli po wejściu przepisów w życie w radiu będzie tyle samo polskiej muzyki co dawniej (zmieni się jedynie pora jej nadawania z nocy na dzień), wówczas efekt finansowy będzie jedynie pośredni. Dojdzie on do skutku jeśli fakt nadawania polskiej muzyki w dzień przełoży się na zwiększenie sprzedaży nagrań polskich artystów. Wówczas również zyskają wyżej wymienione grupy, jednak skalę korzyści jakie mogą odnieść trudno jest ocenić, bowiem nie wiadomo jak mocno na taki bodziec promocyjny zareagowaliby konsumenci. Jeśli jednak przeforsowanie nowych przepisów kosztuje niewiele, trudno się grupom za nimi lobbującym dziwić. Potencjalny zysk nie jest do końca znany, ale próbować warto.

Argument krępowania wolności gospodarczej jest nie do końca trafiony. Już dziś stacje radiowe są regulowane dość ścisłymi przepisami koncesyjnymi, a proponowane zmiany nie są dramatyczne. Sam fakt regulacji może budzić opór, jednak jest on częściowo uzasadniony tym, że liczba częstotliwości na jakich można nadawać jest ograniczona, wobec czego należy dbać o różnorodność programową wśród nadawców. Przykłady z USA pokazują jednak, że najistotniejsze jest nie tyle narzucanie tego jaką muzykę ma grać konkretna stacja,  ale dbanie o to by nie dochodziło do zbytniej koncentracji własnościowej stacji radiowych (tzn. by jeden koncern medialny nie zmonopolizował większości dostępnych częstotliwości w danym mieście).

Wreszcie pozostaje pytanie najciekawsze - jaka będzie polska muzyka, którą wybiorą nadawcy po wejściu przepisów w życie? Obawiam się, a nawet jestem niemal pewien, że w większości przypadków będą to równie słabe nagrania jak te wybierane do tej pory - zmieni się jedynie język. I to wcale nie dlatego, że polska muzyka jest kiepska. Wręcz przeciwnie - jest cała masa fajnych nagrań. Problem polega jednak na tym, że specyfika dobierania repertuaru w większości stacji prywatnych nie pozwala na zbytnie ryzykowanie. Nie usłyszycie więc zbyt dużo nowej polskiej alternatywy, awangardy czy folku. W większości stacji po wejściu przepisów w życie usłyszycie więcej sprawdzonego popu lub poprocka, raczej starsze rzeczy niż nowości. Różnić się będzie jedynie język. Ale czym się martwić, są przecież stacje internetowe, jest Grooveshark, Deezer i ciekawe radio mówione... Radio tradycyjne nie jest już najważniejszym dostarczycielem muzyki, tak jak było 15 lat temu. Na szczęście jest w czym wybierać.

poniedziałek, 07 czerwca 2010
Niagaro - nowy serwis muzyczny Grupy Eurozet

Dziś zadebiutował serwis muzyczny Niagaro firmowany przez Grupę Eurozet (m.in. Radio Zet i Antyradio). Niagaro ma oferować możliwość odsłuchiwania i ściągania muzyki oraz funkcje społecznościowe. W informacjach prasowych Eurozet twierdzi, że "w bazie serwisu znajduje się katalog ponad 2 milionów polskich i zagranicznych utworów".

Debiut serwisu bardzo mnie cieszy, bo każda nowa inicjatywa na naszym marnym rynku muzyki on-line się liczy. Nie od dziś twierdzę, że problem tzw. piractwa internetowego w Polsce zostanie w znacznym stopniu ograniczony gdy słuchacze będą mogli skorzystać z serwisu oferującego dostęp do obszernego katalogu w niewygórowanych cenach. Trudno wprawdzie nazwać 2 milionowy katalog obszernym, jednak powinno to wystarczyć by serwis rozkręcić. Wypada mieć nadzieję, że w miarę rozwoju Niagaro jego katalog będzie rozszerzany.

Nie wypowiem się jednak na temat dostępności w Niagaro interesującej mnie muzyki oraz wygody użytkowania serwisu. Przyczyna jest prosta - serwis dostępny jest tylko w Polsce, a internauci mieszkający za granicą ujrzą taki komunikat:

serwis Niagaro poza granicami Polski

...w związku z czym z oceną serwisu wstrzymam się do powrotu do kraju. Swoją drogą ile to ja razy widziałem podobny komunikat chcąc słuchać muzyki on-line w Polsce (np. zerknijcie tu). Długo trzeba było czekać aby przytrafiło mi się to w odwrotną stronę...

niedziela, 23 maja 2010
Nowy album Smashing Pumpkins dostępny za darmo

Oficjalne udostępnianie nagrań w sieci za darmo przez samych artystów lub ich wytwórnie nie jest już niczym szokującym. Zespół, o którym dziś piszę - Smashing Pumpkins eksperymentował z tą formą dystrybucji już w roku 2000 przy okazji płyty Machina II: The Friends & Enemies of Modern Music. Tym razem jednak zespół idzie o krok dalej, kolejno publikując na swojej stronie utwory z ich nowej płyty w miarę jak są nagrywane.

Album zatytułowany Teargarden by Kaleidyscope ma zawierać 44 utwory. Wszystkie mają zostać opublikowane za darmo na stronie zespołu oraz mają ukazać się w formie 11 płyt EP na kompakcie i winylu. Strategia zastosowana przez  przypomina to co zrobili w 2008 r. Nine Inch Nails, którzy udostępnili nagrania w różnych wariantach cenowych na różnych nośnikach. Tym razem jednak możemy obserwować proces tworzenia płyty na bieżąco, co dla fanów zapewne jest ciekawe.

Obecnie na stronie internetowej można zapoznać się z pierwszą EPką z cyklu, która w formie fizycznej zostanie wydana 25 maja. Zespół dość odważnie postanowił skorzystać z nowoczesnej formy dystrybucji i zachęca do rozpowszechniania nagrań, z czego korzystam:

Moje pierwsze wrażenie jest takie, że do Mellon Collie and the Infinite Sadness tym nagraniom daleko. Ale pierwsze wrażenie może być mylne, a skoro całość jest za darmo, można sobie samemu wyrobić zdanie nie ryzykując wydawania pieniędzy. Komu się spodoba kupi sobie kompakt, winyl, koszulkę i co tam jeszcze będzie w sprzedaży. I tak właśnie powinno być. A komu nowe nagrania się nie spodobają, a mimo to ceni zespół, może zapolować np. na - prawdopodobnie bardzo drogie - wydanie Mellon Collie and the Infinite Sadness na winylu.

sobota, 08 maja 2010
Co zamiast Last.fm?

Zasadniczo ten wpis powinien ukazać się rok temu, bo właśnie wtedy Last.fm wprowadziło miesięczną opłatę w wysokości 3 EUR za korzystanie z radia internetowego. Nie ukazał się, bo najpierw trochę czasu zajęło mi rozpoznanie darmowych alternatyw dla Last.fm, a potem nie było okazji o tym napisać. Dobrze się jednak złożyło, bowiem z kilku testowanych przeze mnie serwisów oferujących darmowy dostęp do muzyki mogłem wybrać dwa moim zdaniem najciekawsze. Nie oferują one tak ciekawych rozwiązań społecznościowych jak Last.fm, ale mają o wiele obszerniejsze katalogi utworów, a co najważniejsze umożliwiają odsłuchiwanie wszystkich utworów na żądanie. Last.fm nie oferowało tego nawet w czasach swojej świetności.

Pierwszy z nich to Grooveshark. Ma obszerny katalog utworów; zaimponował mi np. dostępem do większości piosenek zespołu Kortatu (a nie jest to najpopularniejsza z kapel). System wyszukiwania i organizację katalogu powinni jeszcze poprawić. Zobaczymy co czas przyniesie (poza wprowadzeniem opłat, co jest zapewne nieuniknione).

Drugi z nich to francuski serwis Deezer. Jak przystało na serwis francuski oferuje dostęp przede wszystkim do muzyki frankofońskiej, co jest ciekawą alternatywą dla serwisów angielskich i amerykańskich. Utwory zespołu Kortatu też mają, przechodzą więc test, od którego zaczynam badanie tego typu serwisów. Deezer jest moim zdaniem nieco lepiej zorganizowany niż Grooveshark (jeśli chodzi o wyszukiwanie i przeglądanie utworów), ale niestety bardzo intensywnie opiera się na Flashu, co utrudnia korzystanie z serwisu na wolniejszych komputerach.

Oba serwisy w pewnym sensie się uzupełniają - czego nie znajdziecie w Deezer, może być w  Grooveshark i odwrotnie. Tak czy inaczej oba oferują o wiele lepszy wybór utworów niż Last.fm, podkreślić należy słowo wybór. W Last.fm można słuchać radia nadającego utwory artystów podobnych do wybranego artysty. W Deezer i Grooveshark można słuchać całych płyt konkretnych artystów za darmo. Dużo lepsza oferta niż płatne radio Last.fm. Korzystajcie z obu póki są za darmo...

środa, 28 kwietnia 2010
Teksty o własności intelektualnej

W ostatnim czasie natknąłem się na wiele ciekawych tekstów poświęconych własności intelektualnej, oprogramowaniu open source, wolnej kulturze, piractwu itp. Linki do niektórych z nich zamieszczam poniżej, mam nadzieję, że komuś się to przyda. Miłej lektury, niebawem więcej źródeł.

wtorek, 20 kwietnia 2010
Książka "Open Content Licensing: Cultivating the Creative Commons"

W bibliotece znalazłem książkę pt. Open Content Licensing: Cultivating the Creative Commons, która - jak poinformowano na okładce - została wydana na licencji Creative Commons. Logiczny tok rozumowania każe sądzić, że skoro książkę wydano na licencji Creative Commons, zapewne da się ją ściągnąć z sieci za darmo. Tak jest w istocie, w związku z czym mogę się tym odkryciem podzielić. Przyznaję, książka nie jest nowością wydawniczą, ale na wypadek gdybyście jej nie znali, można ją ściągnąć tutaj.

W środku teksty m.in. teksty Lawrence Lessiga. Wprawdzie - jak wspomniałem - nie najnowsze, ale zainteresowanym tematem nie powinno to przeszkadzać.

piątek, 16 kwietnia 2010
To w końcu da się zarobić na sprzedaży muzyki on-line czy nie?

Przy okazji jednego z ostatnich wpisów czytelnik podzielił się linkiem, wyrażając jednocześnie życzenie bym "sobie odpowiedział »czy rzeczywiście sprawy wyglądają tak różowo?«". Proszę bardzo, odpowiem nie tylko sobie, ale także wszystkim, którym zechce się to przeczytać.

Zacznijcie od zerknięcia na tę stronę.  Zamieszczone jest tam graficzne porównanie przychodów jakie artyści mogą pozyskać z różnych źródeł wraz ze wskazaniem ile nośników artysta musi "sprzedać" by zarobić równowartość minimalnej miesięcznej płacy w USA (zgodnie z podanymi danymi jest to 1160 USD).

Całość zaprezentowana jest w sposób działający na wyobraźnię... ale przysłowiowy diabeł tkwi w szczegółach. I nie mam bynajmniej na myśli samych wartości liczbowych, ale raczej sposób w jaki je zestawiono. Bowiem:

  1. Zestawienie nie bierze pod uwagę tego, że chyba żaden artysta nie zdecyduje sie na umieszczenie muzyki wyłącznie w Rhapsody czy Spotify. Na tym polega specyfika/urok (rodzącego sie cały czas) rynku muzyki cyfrowej, że artysci powinni starać się czerpać przychody z różnych źródeł. Z ekonomicznego punktu widzenia można stwierdzić, że internet ułatwia stosowanie dyskryminacji cenowej, czyli - upraszczając - oferowanie różnych wersji niemal tego samego produktu w różnych cenach różnym konsumentom. Innymi słowy - jeden nabywca zapłaci za płytę CD lub winyl (i przyniesie artyście przyzwoity przychód), inny odsłucha jedynie utwór w Last.fm, przekazując artyście pośrednio jakiś ułamek grosza. Żaden artysta nie powinien się jednak skazywać wyłącznie na groszowe przychody z serwisów subskrypcyjnych czy reklamowych, wiedząc jednocześnie, że na rynku są chętni na kupienie winyla.
  2. W zestawieniu porównano przychody artystów ze sprzedaży płyt wydanych własnym sumptem z dystrybucją muzyki z pomocą wytwórni muzycznych. Oczywiście nic złego w takim porównaniu nie ma, wręcz przeciwnie - trzeba je pokazywać. Warto jednak przy tym pamiętać, że na rynku muzyki on-line też można sprzedawać nagrania bez pośrednictwa wytwórni muzycznej. Oczywiście także w takim wypadku pojawiają się pośrednicy (tzw. agregatorzy), którzy pobiorą od niezależnego artysty prowizję. Zasadniczo ten wariant jest na omawianym grafie pokazany (zerknijcie na "CD Baby MP3 download"), jednak jest on pokazany w odniesieniu do pojedynczego pliku, a nie całego albumu. Nic dziwnego więc, że kategoria "cały album sprzedawany na iTunes z pośrednictwem wytwórni muzycznej"jest wyżej niż "pojedynczy utwór sprzedawany na iTunes z pośrednictwem CD Baby". Jeśli chcieć porównywać obie wartości należałoby porównywać album z albumem lub pojedynczy plik z pojedynczym plikiem. Jeśli przyjąć, że na albumie jest 10 utworów, wówczas sprzedaż na iTunes z pośrednictwem CD Baby przynosi artyście więcej niż sprzedaż na iTunes z pośrednictwem wytwórni muzycznej. Oczywiście każdy wariant ma swoje wady i zalety, jednak dla porządku warto porównywać wartości, które są porównywalne.
  3. Przychody i korzyści jakie artysta uzyskuje dzięki współpracy z wytwórnią muzyczną jest dość trudno porównywać z przychodami i korzyściami z indywidualnego wydawania muzyki. Kontrakty z firmami fonograficznymi są różnorodne, a w wielu przypadkach artyści nie otrzymują od firm fonograficznych żadnych tantiem nagraniowych (na wykresie założono, że pieniądze trafiają do artystów). Z drugiej jednak strony, współpraca taka przynosi artystom pewne korzyści niematerialne (np. łatwość promocji), więc porównywanie tylko i wyłącznie tego ile artysta otrzymuje dzięki jednemu ściągnięciu utworu z iTunes z przychodami niezależnego muzyka jest dość ryzykowne. Oczywiście ten, który współpracuje z firmą fonograficzną otrzyma mniej, jednak ten który działa na własną rękę musi ponieść dużo większy samodzielny wysiłek promocyjny. Siła przebicia firmy fonograficznej jest często nieoceniona, więc trudno jest zestawiać wszystkie te wartości bez brania pod uwagę preferencji i sytuacji artystów. Jedni wolą działać samemu, inni razem z firmą fonograficzną. Każdy zarobi nieco inne pieniądze i poniesie inne koszty.
  4. Zestawienie pokazuje wyłącznie przychody z fonografii, nie pokazuje natomiast przychodów z innych źródeł: tantiem autorskich, tantiem za wykonania, innych przychodów publishingowych, przychodów z koncertów. Ze sprzedaży tylko i wyłącznie nagrań trudno jest wyżyć, nieistotne czy sprzedaje się płyty czy pliki. Jest to smutna prawda, ale nie winiłbym za to wyłącznie internetu.

Można do tego dodać ogólną refleksję dotyczącą tego, że miało być tak fajnie, a nie jest - zarabiać na sprzedaży muzyki w internecie jest ciężko. Bo tu może tkwi paradoks - mimo krytycznych uwag dotyczących tego konkretnego graficznego porównania przychodów, zgadzam się z przesłaniem analizy - rodzący się rynek muzyki w internecie jest bardzo daleki od doskonałości, a artystom jest ciężko. Być może w pewnym sensie ciężej niż w czasach "przedinternetowych" (wiadomo - większa konkurencja, rosnąca niepewność, łatwo się pogubić, nie ma prostych recept na pewny zysk). Problem polega na tym, że nie ma powrotu do czasów "przedinternetowych".

A tak w ogóle - patrząc na to jak słabo rozwinięty jest polski rynek muzyki on-line, to chyba nie doszliśmy jeszcze do tego typu problemów? U nas artyści mają podwójnie trudno - rynek nośników fizycznych zanika, a ten cyfrowy jeszcze się nie narodził. I to jest prawdziwy problem...

czwartek, 15 kwietnia 2010
Praca (przygnieciony stertą książek)

Niedawno zakończyłem półroczny pobyt University of Bologna gdzie pogłębiałem moją wiedzę z zakresu ekonomicznej analizy prawa. Najbliższe dwa miesiące spędzam na UC Berkeley, gdzie zajmuję się tymi samymi zagadnieniami, koncentrując się na tym co mnie najbardziej interesuje - ekonomicznej analizie prawa autorskiego.

Tutejsza biblioteka dostarcza mi niezapomnianych wrażeń...

książki

...którymi niebawem postaram sie podzielić na blogu... Niech tylko minie mi rozdrażnienie będące skutkiem zdania sobie sprawy, że wszystkiego i tak nie zdążę przeczytać...

23:36, patrykgaluszka , więcej o autorze
Link Komentarze (3) »
piątek, 09 kwietnia 2010
Raport o rynku muzycznym w internecie (Digital Music Report 2010)

W początkach 2010, jak co roku, IFPI opublikowała raport poświęcony rynkowi muzycznemu w internecie. W tym roku w raporcie, oprócz solidnej dawki antypirackiej propagandy, można znaleźć kilka ciekawych studiów przypadku. Zainteresowanym polecam lekturę całego raportu, który można za darmo ściągnąć stąd.

Jako ciekawostkę warto przytoczyć porównanie stanu światowego rynku nagraniowego w roku 2003 i 2009:

  • w 2003 r. funkcjonowało mniej niż 50 licencjonowanych serwisów oferujących muzykę online, w 2009 r. było ich ponad 400;
  • w 2003 r. katalogi tych serwisów liczyły około 1 miliona utworów, w 2009 r. jest to ponad 11 milionów utworów;
  • w 2003 r. przychody branży fonograficznej z tytułu sprzedaży muzyki cyfrowej wynosiły 20 milionów USD, w 2009 r. wynosiły 4,2 miliarda USD;
  • w 2003 r. przychody te stanowiły znikomy odsetek wszystkich sprzedawanych formatów, w 2009 r. stanowiły one 27% przychodów.

Zaprezentowane wartości wyglądają imponująco, jednak nie oznaczają one, że rozwój rynku muzyki cyfrowej będzie w kolejnych latach przebiegać szybko i bez trudności. Jak donosi Billboard, na rynku amerykańskim daje się zauważyć pewne spowolnienie sprzedaży plików.

 

środa, 07 kwietnia 2010
8 bitów do ściągnięcia: Stu i Yerzmyey
Przypadkiem zajrzałem do kategorii "nieopublikowane wpisy" i okazało się, że ponad rok temu stworzyłem krótką notkę o nowych wówczas wydawnictwach netlabela 8bitpeoples. Czas chyba najwyższy podzielić się tym wpisem, co czynię poniżej...
Wracam do tematu muzyki 8-bitowej (dla niewtajemniczonych: tworzonej na bardzo starych komputerach). I znów czerpię z przepastnego katalogu niezawodnego netlabela 8bitpeoples. Tym razem chciałbym polecić dwa wydawnictwa, które można pobrać ze stron 8bitpeoples. Oba brzmieniowo nieco mocniejsze od opisanego kiedyś na łamach niniejszego bloga DUBMOOD - Atari-Ska L'Atakk.
Pierwsze wydawnictwo to Stu - GreateST HITs.
Stu
Drugie wydawnictwo to Yerzmyey - FREAKuencies.
Yerzmyey
Obie EPki zdecydowanie warte polecenia fanom 8-bitowych dźwięków i nie tylko.
czwartek, 01 kwietnia 2010
Aaahh Records przeprowadza ankietę

Jeden z moich ulubionych netlabeli - Aaahh-records - rozważa przebudowanie swojej strony internetowej (a może i zmianę profilu działalności, tak jak inni?). W związku z tym na stronie www netlabela znalazła się ankieta dotycząca oczekiwań słuchaczy netlabela. Jeśli macie około 5 minut, a czytanie po angielsku nie sprawia wam problemu - zerknijcie na tę ankietę. To jedynie 10 prostych pytań, a możecie wpłynąć na kształt nowej wersji netlabela.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
Zakładki:
ENGLISH VERSION
o autorze
serwisy poświęcone netaudio
muzyka: katalog netlabeli (legalne mp3 za darmo)
muzyka stąd (PL, CZ, YU, UA...itd.)
muzyka, kultura: blogi, czasopisma
muzyka: nowości z netlabeli
muzyka: portale (informacje, nowości)
Nauka
Organizacje, wiki
Programy
Zaprzyjaźnione

Biznes Muzyczny: książka o branży fonograficznej

Kliknij aby dowiedzieć się więcej
Ksiazka: Biznes Muzyczny


Add to Technorati Favorites
Creative Commons License
Pewne prawa zastrzeżone
Patryk Gałuszka
katalog blogów - wjo.pl
hit counter