przemysł kulturowy, biznes muzyczny, ekonomia kultury, muzyka popularna, media, fonografia, ekonomia własności intelektualnej, zarządzanie kulturą, marketing muzyki, netlabel, mp3 blog, popular music studies
poniedziałek, 14 listopada 2011
Universal Music kupuje wytwórnię EMI a Sony/ATV EMI Publishing

Jeszcze niedawno tłumaczyłem studentom, że na rynku działają cztery globalne koncerny muzyczne, a tu 12 listopada media polskie i zagraniczne doniosły, że Universal Music kupuje wytwórnię EMI a Sony/ATV przejmuje EMI Publishing.

Grupa EMI od pewnego czasu miała problemy finansowe. W 2007 została przejęta przez fundusz private equity, który nie był w stanie wyprowadzić EMI na prostą. Spółka w zamian za umorzenie długów została w 2011 r. przejęta przez Citygroup, który wystawił ją na sprzedaż. W efekcie część koncernu  trafiła do Vivendi (właściciela Universal Music), a część do konsorcjum, któremu przewodzi Sony. Powstają dwa pytania:

  1. Kto zrobił lepszy interes? Universal kupił wytwórnię, a więc część EMI zajmującą się produkcją , dystrybucją i sprzedażą nagrań. W katalogach EMI są m.in. nagrania The Beatles i Pink Floyd, które - wziąwszy pod uwagę nadchodzące wydłużenie ochrony praw pokrewnych - ciągle są atrakcyjnym aktywem. Z drugiej strony sprzedaż nagrań spada i wątpliwe by Universal, nawet wyposażony w potężny katalog EMI, był w stanie odwrócić ten trend. Sony/ATV kupiło natomiast publishingową część koncernu, a więc firmę zajmującą się zarządzaniem majątkowymi prawami autorskimi do tekstów i kompozycji (ale nie nagrań). Ta branża nie jest w takich opałach jak branża fonograficzna, nie powinno więc dziwić, że Sony/ATV zapłaciło więcej niż Vivendi (już nawet abstrahując od faktycznej wartości przejmowanych aktywów). Czas pokaże kto zrobił lepszy interes.
  2. Co na tę transakcję powiedzą instytucje dbające o konkurencję rynkową? O fuzji firm fonograficznych, która miała zredukować liczbę globalnych koncernów z czterech do trzech, mówiło się od lat. Warner próbował połączyć się z EMI, Sony z EMI, itd. Transakcje nie dochodziły do skutku ponieważ takie fuzje zagroziłyby konkurencji na rynku nagrań. Teraz sytuacja jest o tyle inna, że oligopol największych koncernów nie jest tak silny - na rynku pojawiło się kilku nowych graczy (m.in. Live Nation), nie istnieje groźba powstania wertykalnie zintegrowanych koncernów (dominującym detalistą pozostaje niezwiązany z wydawcami iTunes Music Store), a sprzedaż nagrań spada. Nie wiem jeszcze czy zapowiedziane właśnie przejęcia muszą być zatwierdzone przez instytucje zajmujące się regulacją rynku, ale nawet jeśli tak to strzelam, że tym razem zgoda zostanie wydana.

Tak czy inaczej na rynku muzycznym stało się coś ciekawego, a skutki transakcji (neutralne lub niekorzystne dla konsumentów) ujrzymy dopiero za jakiś czas. Więcej o globalnych koncernach muzycznych przeczytacie tu. Do tematu wrócę jak poznamy szczegóły transakcji.

niedziela, 06 listopada 2011
Polskie tłumaczenie The Power of Open

Niedawno ukazało się polskie tłumaczenie The Power of Open - raportu/książki pokazującej jak z powodzeniem wykorzystuje się licencje Creative Commons do rozpowszechniania twórczości. A do tego trochę pozytywnie nastrajających danych, mówiących o tym że np. łączna liczba utworów wydanych na licencjach Creative Commons wynosi ponad 400 milionów (stan na 2010 r.). Nie jestem pewien czy chodzi o to by takich utworów było jak najwięcej, tak czy inaczej 400 milionów brzmi imponująco. Zainteresowanych tematem odsyłam tutaj (plik pdf).

poniedziałek, 17 października 2011
Tekst o MegaTotal.pl w Gazecie Wyborczej

Dzisiaj w Gazecie Wyborczej ukazał się tekst Jędrzeja Słodkowskiego o serwisie MegaTotal.pl. Piszę o tym nie dlatego, że tekst cytuje moją wypowiedź, ale z powodu zmian jakie niebawem zajdą w omawianym serwisie. O tym jednak za chwilę, najpierw o tekście z dzisiejszego wydania GW. Można w nim przeczytać m.in., że na 70 projektów, które zakończyły zbieranie środków:

"fani wpłacili ponad pół miliona złotych! Nakład płyt waha się od 500 do 2 tys. egzemplarzy. Niektóre już się rozeszły, inne sprzedały się w kilku sztukach" (...)

i że "Liczby MegaTotalu" to:

  • "110 tys. fanów muzyki...
  • ...i 4 tys. artystów (...)
  • Na 70 płyt zebrano pieniądze
  • 50 płyt już się ukazało
  • 500 tys. zł wpłacili fani tylko na ukończone wydawnictwa
  • 300 fanów składa się średnio na jeden album
  • 40 tys. zł zebrał Dorian Mono, twórca muzyki elektronicznej z Tychów, na swoją płytę" (Źródło: Jędrzej Słodkowski Gazeta Wyborcza z dnia 17.10.2011 r.). 

Te dane ładnie komponują się ze wstępnymi wynikami naszego badania, o którym pisałem tutaj i tutaj. Danych tego typu będzie jeszcze więcej - jesteśmy obecnie na etapie kończenia raportu z badania.

Warto przy tym wspomnieć o tym, że całe badanie poprzedza uruchomienie nowej wersji serwisu MegaTotal.pl. Prace nad nią są bardzo zaawansowane, a można je śledzić tutaj. Uproszczony zostanie m.in. system inwestowania, rozszerzone funkcjonalności, a serwis zostanie otwarty na inwestycje pozamuzyczne (np. książki). Zapowiada się to bardzo ciekawie.

czwartek, 22 września 2011
Prawa artystów wykonawców i producentów chronione przez 70 lat

We wrześniu 2008 r. napisałem następujące słowa:

"...Unia Europejska snuje całkiem realne plany wydłużenia ochrony praw wykonawców i producentów muzycznych. W tej chwili w Europie okres ten wynosi 50 lat, a jako że w USA jest dłuższy, naturalne dla pewnych grup interesów jest dążenie do zrównania tych wartości w obu regionach."

I oto we wrześniu 2011 r. owe "całkiem realne plany" dochodzą do skutku. Jak donoszą VaGlaGazeta Wyborcza, Rada Ministrów UE zdecydowała o przedłużeniu ochrony praw wykonawców i producentów muzycznych (nie chodzi o producentów w znaczeniu potocznym ale o wytwórnie muzyczne) z 50 do 70 lat.

Ruchu tego można było się spodziewać, ponieważ już w 2013 r. wygasłyby prawa do pierwszych nagrań zespołu The Beatles, a następnie nagrań całej masy artystów, którzy rozpoczęli karierę w latach 60. XX w. Gra toczyła się więc o duże pieniądze i można było się spodziewać, że właściciele majątkowych praw autorskich do nagrań włożą sporo wysiłku w przekonanie ustawodawców do swoich racji.

Osobom nie znającym prawa autorskiego należy się wyjaśnienie: prawa autorów (np. kompozytorów lub autorów tekstów) już od dłuższego czasu chronione są przez 70 lat od śmierci ostatniego ze współautorów. Wspomniane zmiany dotyczą praw pokrewnych, czyli praw producentów i artystów wykonawców. Upraszczając: producenci to z reguły wytwórnie muzyczne, a artyści wykonawcy to np. ci, którzy grają lub śpiewają w danej wersji nagrania, ale niekoniecznie skomponowali utwór lub napisali tekst. Gdyby ochrona praw pokrewnych nie została wydłużona to właśnie producenci i artyści wykonawcy przestaliby czerpać korzyści z danych nagrań jako pierwsi, twórcy chronieni byliby natomiast dłużej na podstawie wcześniejszych przepisów. Jakie to korzyści? Np. tantiemy płacone przez ZPAVSAWP i STOART z przychodów zebranych od podmiotów wykorzystujących nagrania, np. stacji radiowych, klubów muzycznych, hipermarketów, etc.

Tak jak we wcześniejszych przypadkach wydłużania okresu ochrony własności intelektualnej powstaje pytanie o faktyczny cel istnienia prawa autorskiego. Jednym z ekonomicznych uzasadnień istnienia prawa autorskiego jest bowiem stworzenie finansowych bodźców, które będą skłaniać artystów do tworzenia. Powstaje wobec tego pytanie: czy wydłużenie czasu ochrony z 50 do 70 lat skłoni posiadaczy majątkowych praw autorskich do nagrań do większej kreatywności? Być może wytwórnia kontrolująca nagrania Beatlesów wyda jeszcze jedną reedycję ich płyt. Może zainwestuje nowe środki w specjalne, jeszcze lepsze techniki oczyszczenia starych masterów. Może stworzy jakieś remiksy lub nowe wersje wcześniej wydanych płyt (tak jak było w przypadku płyty Let It Be... Naked). Powstają jednak dwa pytania:

  • czy nie jest tak, że wszystkie nowe, specjalnie wyczyszczone i zremiksowane wersje starych nagrań, które miały powstać już powstały i wydłużenie czasu ochrony niewiele zmieni? Zwróćmy bowiem uwagę, że np. bezprecedensowy wysyp nowych płyt zespołu The Beatles rozpoczęty wydaniem w 1995 r. płyty Anthology 1 miał miejsce właśnie dlatego, że wytwórnia widziała już na horyzoncie rok 2013 i wygaśnięcie czasu ochrony nagrań... Czy kolejne wydłużenie praw producentów przyniesie jakieś korzyści społeczeństwu?
  • jaką mamy gwarancję, że gdy po wejściu w życie nowych przepisów zbliży się kolejny termin wygaśnięcia majątkowych praw autorskich do ważnych nagrań (np. w przypadku The Beatles w 2033 r.) nie dojdzie do lobbingu mającego na celu wydłużenie ochrony o kolejne x lat?

Naturalnie można też znaleźć argumenty na obronę wydłużenia czasu ochrony. Nie jest zaskoczeniem, że najłatwiej znaleźć je producentom i artystom wykonawcom. Zacytuję Gazetę Wyborczą:

"W takiej sytuacji znalazł się Jan Ptaszyn-Wróblewski. Legendarny saksofonista i popularyzator jazzu nagrywał swoje pierwsze płyty z zespołem Krzysztofa Komedy pod koniec lat 50. Teraz ukazują się na rynku bez jego wiedzy i zgody, bo minął 50-letni okres ochrony.
 - O wielu takich wydawnictwach dowiaduję się z półek sklepowych. Niedawno na przykład ukazała się w Poznaniu płyta z pierwszymi nagraniami sekstetu Komedy. Nikt mnie nie zawiadomił, nie przesłali mi nawet egzemplarza. Dlatego dobrze oceniam nowe przepisy, bo doszedłem do takiego etapu, że niektóre rzeczy by mi przepadały. 70 lat ochrony to słuszny" (Roman Pawłowski "Unia rozszerza ochronę praw autorskich", Gazeta Wyborcza z dnia 21.09.2011 r.)

Oczywiście jest też argument czysto pragmatyczny - zrównanie czasu ochrony praw pokrewnych w różnych krajach. Jeśli bowiem wszędzie poza UE prawa pokrewne chronione będą przez 70 lat, trzymanie się 50 lat staje się dyskusyjne.

Czy wobec tego istnieją inne sposoby uregulowania czasu ochrony majątkowych praw autorskich? Owszem, w literaturze są rozważane różne propozycje. Pisałem o nich np. tutaj.

piątek, 16 września 2011
Usieciowiona publiczność i promocyjna siła fanów

Nancy Baym - profesor University of Kansas - od kilku lat prowadzi badania zachowań fanów na scenie muzycznej. Opublikowała na ten temat kilka interesujących tekstów. Poniżej parę słów na temat jednego z nich.

Autorka wychodzi od analizy tego jak zmieniła się sytuacja branży fonograficznej w przeciągu kilkunastu ostatnich lat. Konkluzji możemy się domyślić: podstawowy produkt branży fonograficznej nie jest już tak pożądany jak dawniej. Przykłady:

  • "badania pokazują, że mniejszość Amerykańskich użytkowników Internetu i jedynie 66% tych, którzy kupują pliki muzyczne uważa, że są one czymś za co warto płacić;
  • przychody branży od lat 1998 - 1999 spadły o więcej niż 40%;
  • ok. 90% muzyki jest dystrybuowane za pośrednictwem "'nieautoryzowanych sieci'" (Baym, 2010).

Przykłady można by mnożyć. Baym pokazuje, że w tej sytuacji, zamiast walczyć z zachowaniami internautów, lepiej spróbować je wykorzystać do promocji muzyki. Autorka, opierając się na swoich badaniach, formułuje rady dla wytwórni muzycznych. Trudno jest streścić wszystko w tej krótkiej notce, dlatego zainteresowanych odsyłam do oryginalnego tekstu oraz do wcześniejszych badań autorki. W skrócie, Baym uważa że:

  • wymiana plikami w internecie jest odpowiedzią na żywotne potrzeby słuchaczy - chcą oni mieć łatwy dostęp do nagrań w każdej sytuacji;
  • stała i łatwa dostępność nagrań online ułatwia zwiększenie liczby odbiorców nagrań, szczególnie pomaga zdobyć słuchaczy w innych krajach (tzw. "international audience");
  • zachowania fanów (np. prowadzenie blogów o ulubionych artystach, recenzowanie płyt online) mogą wzmocnić i zwiększyć zaangażowanie słuchaczy;
  • zachowania słuchaczy w internecie dostarczają bardzo ciekawych oraz łatwych do zdobycia i analizy danych marketingowych; duże wytwórnie nie do końca potrafią wykorzystać łatwą dostępność takich danych;
  • dostarczanie słuchaczom zasobów (np. darmowych wersji nagrań, materiałów z koncertów, zdjęć) i wspieranie wymiany takimi zasobami sprzyja budowaniu zaufania do producentów (wytwórni, artystów) i stwarza zachętę do rewanżowania się (np. zakupem winyla, gadżetu) (Baym, 2010).

Oczywiście łatwiej jest powiedzieć niż wykonać. Baym formułuje następujące rady dla wydawców:

  1. zamiast bać się fanów, ufajcie im (słuchacze i tak ściągną wasze nagrania, więc pogódźcie się z tym i potraktujcie to jako działanie promocyjne);
  2. zachowujcie się jak ludzie, a nie jak instytucje (warto zrozumieć, że słuchacze nie kierują się zyskiem, ale sympatią dla artysty i motywami społecznymi, np. potrzebą budowania prestiżu w grupie fanów);
  3. dostarczajcie słuchaczom zasoby, którymi będą mogli się dzielić (fani dzieląc się informacjami, nagraniami, pomysłami etc. będą promować waszych artystów);
  4. docierajcie do słuchaczy za pośrednictwem różnych mediów społecznościowych, ale nie wykorzystujcie większej liczby serwisów niż jesteście w stanie na bieżąco obsłużyć (nic bardziej irytującego niż nieaktualizowany profil...);
  5. nie kontrolujcie słuchaczy, pozostawcie im swobodę (nie stosujcie DRM, nie wytaczajcie procesów sądowych);
  6. zachęcajcie słuchaczy do kreatywności, wynagradzajcie ją (konkursy, zachęcanie do tworzenia remiksów, etc.) (Baym, 2010). 

Trudno się nie zgodzić, choć zapewne nie każdy artysta i wytwórnia będą mogli wykorzystać wszystkie narzędzia. Mam wrażenie, że autorka adresuje rady przede wszystkim do artystów, z którymi fani mogą się mocno utożsamiać. Artyści budzący jedynie "letnie" odczucia, nużące, brzmiące jednakowo gwiazdki pop lub artyści jednego sezonu, a przede wszystkim wydające ich wytwórnie, nie do końca będą zadowoleni z sugestii autorki. Włączając pierwszą lepszą prywatną tradycyjną stację radiową przychodzi mi do głowy, że może to i dobrze gdyby artystów takich było wokół nas nieco mniej...

niedziela, 04 września 2011
Właśnie przejrzałem wszystkie linki do stron netlabeli...

Właśnie przejrzałem wszystkie linki do stron netlabeli, które w 2008 i 2009 r. zamieściłem w bocznej szpalcie bloga. Pamiętam, że zaczynałem wówczas moje badania netlabeli i miałem ambicję by na blogu znajdowała się na bieżąco aktualizowana lista wszystkich najważniejszych netlabeli.

Niestety potem nie miałem czasu tej listy aktualizować. Co jakiś czas dorzucałem do niej nowo znalezione netlabele i usuwałem nieaktywne linki, jednak nigdy nie było czasu na gruntowny przegląd listy. Teraz też czasu nie ma, jednak dokonałem szybkiej reorganizacji linków, czego jednym z etapów było sprawdzenie aktualności każdego z adresów www.

Optymistycznym jest, że decydowana większość z netlabeli, które działały w 2008 i 2009 cały czas prowadzi swoje strony www. Część z linków nieco się zmieniła - niektóre netlabele nie przedłużyły własności swoich domen i przeniosły się na Blogspota lub MySpace. Inne miały więcej ambicji i po wykupieniu ładnie brzmiących domen przeniosły się pod nowe adresy. Ślad po tych kilkanastu netlabelach, które znikły permanentnie można w większości przypadków znaleźć na Archive.org lub na Sonicsquirrel.

Wątpię bym znalazł czas na bieżące aktualizowanie listy. Ponieważ ciągle prowadzę badania netlabeli, zapewne odwiedzę stronę każdego z netlabeli jeszcze co najmniej kilka razy. Będą więc okazje do wprowadzania w liście drobnych zmian i dzielenie się spostrzeżeniami. Jeśli jednak szukacie bardziej dokładnej i aktualnej listy netlabeli, odwiedźcie jedną z tych stron: SonicsquirrelClongclongmoo lub Netlabels.de.

środa, 31 sierpnia 2011
Netaudio dla początkujących: składanka nagrań z Jahtari.org

Zastanawiam się od pewnego czasu jak popularyzować scenę netaudio pośród osób nie mających pojęcia o istnieniu netlabeli. Zdaję sobie sprawę z tego, że obecnie tak dużo dobrej muzyki jest dostępne za darmo (zarówno udostępnianej legalnie przez tradycyjne wytwórnie, jak i krążącej w sieciach P2P), że możliwość nieodpłatnego ściągnięcia nagrań sama w sobie jest dla "zwykłego słuchacza" słabą zachętą. Dlatego chciałbym poświęcić parę wpisów ciekawym, wpadającym w ucho wydawnictwom, które mimo tego, że mogłyby próbować swoich sił na rynku komercyjnym, dostępne są za darmo.

Na początek jeden z moich ulubionych netlabeli - Jahtari. Wyróżnia go ciekawa oprawa graficzna oraz wysoka jakość dystrybuowanych nagrań. Jahtari jest moim zdaniem jednym z tych netlabeli, które można polecić osobom nie znającym specyfiki sceny darmowej muzyki, szczególnie jeśli zainteresowane są nagraniami reggae, dub i 8-bit.

Idealną okazją do prezentacji oferty Jahtari jest składanka nagrań netlabela opublikowana przez Phlow Magazine pod tytułem Phlow Jahtari Mixtape – “A Fistful Of Dub”. Od premiery składanki minęło już sporo czasu, jednak sądzę, że jest warta przypomnienia. Zachęcam do odsłuchania całości tutaj. Warto też zajrzeć na stronę netlabela.

 Jahtari Phlow Magazine Mixtape

wtorek, 16 sierpnia 2011
Aplikacja do odsłuchiwania netaudio na telefonie komórkowym z systemem Android

Magazyn Phlow miał już w 2009 r. uruchomić nową wersję netlabels.org - katalogu netlabeli i nagrań przez nie wydawanych. Pisałem o tym tutaj. Niestety mamy już rok 2011 a nowego netlabels.org nie widać. Co więcej sam Phlow Magazine ograniczył działalność anglojęzycznej wersji magazynu, w której prawie nie ukazują się nowe teksty (na szczęście prężnie działa wersja hiszpańska - Phlow.es).

Świat netaudio nie znosi jednak próżni. Pod nieobecność netlabels.org pojawiło się szereg nowych serwisów poświęconych netlabelom (pisałem o tym tutaj). Co więcej, dawni konkurenci Phlow udoskonalili swoją ofertę. Obecnie bodaj najbardziej zaawansowany katalog i serwis poświęcony netlabelom to sonicsquirrel.net (choć nie zapominajmy o clongclongmoo). 

sonicsquirrel.net oferuje aktualny katalog netlabeli, możliwość odsłuchiwania i ściągania nagrań, informacje o netlabelach itd. Właściwie mają wszystko co mógł mieć nowy netlabels.org.

Najnowsza propozycja sonicsquirrel.net to aplikacja dla telefonów wyposażonych w system Android. Znajdziecie ją w sklepie Android Market po wpisaniu "sonicsquirrel". Z aplikacją dopiero się zapoznaję, ale muszę przyznać, że już po paru chwilach użytkowania byłem pod jej wrażeniem. Jeśli macie telefon z Androidem (szczególnie taki, który można podłączyć do wieży) i lubicie netaudio - koniecznie spróbujcie. Dzięki tej aplikacji ściąganie całych płyt na dysk komputera właściwie przestaje mieć sens. Oczywiście jeśli chce się słuchać wielu nagrań trzeba pamiętać o opłatach za transfer danych. Warto jest więc korzystać z aplikacji mając dostęp do Wifi. 

Oto screen aplikacji:

sonicsquirrel na android 

poniedziałek, 25 lipca 2011
Przychody koncertowe w Ameryce Północnej w 2009 r.

Czy można utrzymać się wyłącznie z grania koncertów? Niejednokrotnie pisałem, że w Polsce sprzedaje się stosunkowo niewiele nagrań, wobec czego występy na żywo stanowią jedno z ważniejszych źródeł przychodów muzyków. Oczywiście można wygłosić wiele zastrzeżeń, które skutkują tym, że trudno jest formułować rady mające zastosowanie w każdym przypadku: nie każdy artysta występuje na żywo, poszczególne gatunki muzyki mają swoją specyfikę, etc. Ponadto, w przypadku tych, którzy występują, koncerty stanowią niejednokrotnie nie tylko źródło przychodu, ale również formę promocji i okazję do sprzedaży nagrań i gadżetów, co dodatkowo utrudnia pokazanie konkretnych wyliczeń.

Między innymi dlatego mam spore zastrzeżenia do wyliczeń, które znalazłem w artykule pt. "W obronie prawa autorskiego..." (Day, Brian R., In Defense of Copyright: Creativity, Record Labels, and the Future of Music. Seton Hall Journal of Sports and Entertainment Law, Vol. 21, No. 1, 2011.). Wyliczenia mogą być mało dokładne, a zbiorowość trudna do zbadania i policzenia, co sam autor odnotowuje w tekście. Nie zmienia to jednak faktu, że  sama obserwacja rozkładu przychodów jest interesująca. Otóż największe 50 tras koncertowych przyniosło w 2009 r. przychody w wysokości 1,8 miliarda USD. Druga pięćdziesiątka przyniosła 476 milionów USD przychodów, a pozostałe trasy 489 milionów USD. Ukazuje to poniższy wykres (przy okazji: nie wiem jak w badaniu zdefiniowano "trasę koncertową" oraz jak przychody mają się do nakładów).

Przychody z tras koncertowych w Ameryce Płn.

Jak można interpretować te dane? Moim zdaniem jedynie odnotowując, że największe trasy koncertowe przynoszą największe przychody. Wykres uwzględnia bowiem jedynie duże trasy czyli artystów kalibru Madonny, U2 i ok. setkę im podobnych lub nieco mniej znanych. Można więc stwierdzić, że pośród tych największych, absolutna czołówka zgarnia większość przychodów. Nie wiadomo jednak jak dane te wyglądają w przypadku artystów średniego kalibru, początkujących, grających okazjonalnie, artystów ze scen niezależnych, etc.

Ponieważ w naszym kraju nie mamy globalnych supergwiazd (tzn. odwiedzają nas zagraniczne gwiazdy, ale żaden z lokalnych artystów nie ma tego statusu), więc rozkład przychodów w przypadku rodzimych muzyków z pewnością wygląda inaczej. Reasumując, dane pokazane we wspomnianym badaniu mówią jedynie tyle, że jak się jest U2, wówczas zarabia się na koncertach zapewne więcej niż jak się jest artystą z drugiej pięćdziesiątki. To chyba obserwatorzy rynku muzycznego wyczuwają intuicyjnie. Fascynującym byłoby przeprowadzić podobne badania na rynku polskim.

środa, 13 lipca 2011
Polskie blogi o netaudio - stan na lipiec 2011

Emeliks na swoim blogu zapytał czy "…epoka blogów o netaudio już minęła?" po czym ogłosił, że to już koniec Netmuzyka.com, i wprawdzie pisze nowy blog, ale mamy sobie go sami znaleźć. Pytanie jest zasadne, więc postanowiłem zrobić przegląd polskich blogów poświęconych darmowej muzyce. Z braku czasu nie śledzę nowo pojawiających się blogów, które piszą o netlabelach (jeśli takie w ogóle się pojawiają), więc siłą rzeczy przegląd ograniczony jest do znanych mi stron.

Wspomniana Netmuzyka.com niby zakończyła działalność, ale znając autora - odpocznie i wróci do pisania, czego sobie i reszcie świata życzę.

Good netlabels dalej nadaje, tradycyjnie po angielsku, ostatni wpis jest z niedzieli, świetnie. Tylko że to raczej liga światowa, a nie polska...

CCM miał różne przestoje, ale w początkach 2011 wyprodukował parę zacnych postów, ostatni z kwietnia.

Netaudio.pl - stara domena wygasła, na szczęście strona dalej działa na blogspocie - ostatni wpis jest z grudnia 2010, pół roku nieaktywności.

Brenislav miał audioterror, no właśnie, gdzie go miał? Na blogspocie nie widać, więc czy nie tutaj? Też niezbyt aktywnie.

Coffee and Music nieaktywne.

Netlabel.blox.pl też nieaktywne, oficjalnie zakończone i przeniesione tutaj, co też niezbyt często uaktualnianym jest.

No i wreszcie mój skromy wkład w blogowanie o netaudio: dwa wpisy o darmowej muzyce w przeciągu pół roku. Fakt, że ostatni ukazał się całkiem niedawno nie jest usprawiedliwieniem. Recenzje muzyki wydawanej w netlabelach były zawsze jednak tylko jednym z tematów tego bloga, więc w sytuacji gdy cały blog pozostaje w uśpieniu, siłą rzeczy temat darmowej muzyki również. OK, ostatnio blog wyszedł trochę z uśpienia (wiadomo - rok akademicki się zakończył), więc i wpisów o netaudio przybędzie.

Pewnie kogoś pominąłem, a może  pojawiły się jakieś nowe blogi poświęcone netaudio? Chętnie się dowiem, chętnie wpiszę na listę linków... bo jeśli polskie blogi o netaudio można policzyć już tylko na palcach jednej ręki (kiedyś na palcach dwóch rąk - wiem, nigdy nie było fenomenalnie), to może Emeliks ma jednak rację i "…epoka blogów o netaudio już minęła?" A może w ogóle epoka blogów już minęła? A może epoka netlabeli już minęła? Jak to jest?

 

piątek, 08 lipca 2011
Crowdfunding - finansowanie społecznościowe - skrócony raport z badania artystów MegaTotal.pl

W uzupełnieniu poprzedniego wpisu zachęcam do zapoznania się ze skróconym raportem z badania przeprowadzonego wśród artystów zbierających z pomocą serwisu MegaTotal.pl środki na wydanie swoich nagrań (jak do tej pory już 69 się to udało). Nie będę wyjaśniał ponownie na czym polega funkcjonowanie serwisu MegaTotal.pl. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o nim i o  crowdfundingu - zachęcam do przeczytania tego wpisu.

Tymczasem by zachęcić do zerknięcia do pełnej wersji skróconego raportu z badania artystów - jeden wykres. Pokazuje - podobnie jak wykres ukazany w poprzednim wpisie, że w MegaTotal.pl dominują gatunki rockowe. Co ciekawe jednak, wśród artystów częściej można spotkać specjalizujących się w elektronice niż wskazywałoby na to badanie fanów.

Artyści MegaTotal.pl - wykres 1

Wykres prezentuje odpowiedzi na pytanie o grupę gatunków muzycznych, która najlepiej charakteryzuje muzykę artystów zarejestrowanych w serwisie MegaTotal.pl. Odpowiedzi udzieliło 215 respondentów, można było wybrać tylko jedną odpowiedź. Na interpretację - podobnie jak w przypadku badania fanów - przyjdzie jeszcze czas - na jesieni powinniśmy mieć gotową pełną wersję raportu. Tymczasem zachęcam do lektury wersji skróconej opublikowanej na stronie Megazinu.

piątek, 01 lipca 2011
Crowdfunding - finansowanie społecznościowe - skrócony raport z badania fanów MegaTotal.pl

Od pewnego czasu razem z kolegą z Instytutu Ekonomii UŁ oraz załogą serwisu MegaTotal.pl pracujemy nad badaniami tzw. crowdfundingu. Termin crowdfunding pochodzi od określenia crowdsourcing, które przypisuje się Jeffowi Howe (2006). Użył on tego terminu by opisać stosowaną w biznesie praktykę delegowania przez firmy niektórych zadań „tłumowi" konsumentów za pośrednictwem internetu.

Z językowego punktu widzenia termin crowdsourcing jest neologizmem powstałym od słów „crowd" i „outsourcing", co dość dobrze oddaje jego naturę. W crowdsourcingu chodzi bowiem o zastąpienie zewnętrznych partnerów biznesowych (tak jak w przypadku outsourcingu) „tłumem" złożonym np. z wolontariuszy realizujących powierzone zadania za pomocą internetu. 

Crowdfunding jest specyficznym przypadkiem crowdsourcingu, polegającym na wykorzystaniu internetu do zbierania środków pieniężnych służących sfinansowaniu jakiegoś przedsięwzięcia. Belleflamme, Lambert i Schwienbacher (2010, s. 7) definiują crowdfunding jako „otwarte wezwanie, dokonywane przeważnie przez Internet celem zebrania zasobów pieniężnych w formie dobrowolnej darowizny lub wymiany w zamian za pewne wartości lub/i przyznanie praw głosu". 

Ujmując sprawę prościej: serwisem crowdfundingowym jest opisywany kiedyś przeze mnie Sellaband. Jest nim również dynamicznie rozwijający się, polski serwis MegaTotal.pl. I to właśnie jego dotyczą nasze badania. Cały czas pracujemy nad opracowaniem zebranych danych, zajmie to sporo czasu. W międzyczasie postanowiliśmy jednak podzielić się wybranymi obserwacjami w formie skróconego raportu. Można go przeczytać na stronie Megazinu. By zachęcić Was do zajrzenia na stronę Megazinu, poniżej jeden z wykresów zaprezentowanych w skróconym raporcie.

 Wykres 1. Ulubiona grupa gatunków muzycznych

Wykres prezentuje odpowiedzi na pytanie o ulubioną grupę gatunków muzycznych użytkowników serwisu MegaTotal.pl. Odpowiedzi udzieliło 800 respondentów, można było wybrać tylko jedną odpowiedź. Na interpretację przyjdzie jeszcze czas - na jesieni powinniśmy mieć gotową pełną wersję raportu. Tymczasem zachęcam do lektury wersji skróconej opublikowanej na stronie Megazinu.

poniedziałek, 27 czerwca 2011
Egzotyczny dubstep od Secret Archives of the Vatican

Spodobała mi się nowa produkcja pochodząca od Secret Archives of the Vatican. Lubię egzotyczne dźwięki. Także jeśli są zmieszane z elektroniką. Link tutaj i tutaj. Odsłuch poniżej:

I to wszystko za darmo na licencjach Creative Commons. Nie do wiary!

środa, 22 czerwca 2011
Trzy książki Gerda Leonharda do ściągnięcia

Kiedyś pisałem, że znawca rynku muzycznego Gerd Leonhard udostępnił za darmo swoją nową książkę. Link, który wtedy podałem wydaje się już być nieaktualny, więc wykorzystam pretekst uaktualnienia go do zareklamowania nowych książek Leonharda. Powinny one zainteresować każdego kto interesuje się zmianami dokonującymi się na rynku muzycznym i czyta po angielsku.

Oto one:

Więcej publikacji autora w formie darmowych pdfów znajdziecie tutaj. Szczególnie warto zwrócić uwagę na The Future of Music. Wprawdzie udostępniony jest tylko jeden rozdział, ale ponieważ książka zawiera wiele trafnych prognoz dotyczących rozwoju rynku muzycznego, warto zapoznać się przynajmniej z tym co jest dostępne za darmo. Przy okazji warto zwrócić uwagę na konsekwencję Leonharda - jest on zwolennikiem szerszej dostępności muzyki i zasadę tę stosuje też do swoich książek. Zachęcam do lektury.

 

poniedziałek, 13 czerwca 2011
Pierwsza Konwencji Muzyki Polskiej - podsumowanie

W dniach 9-11 maja odbyła się w Warszawie I Konwencja Muzyki Polskiej. Wziąłem czynny udział w jednym z paneli (Muzyka polska w dobie ekspansji Internetu), więc miałem okazję sprawdzić jak wygląda takie spotkanie w praktyce. Parę ciekawych rzeczy powiedziano, większość dyskutantów pozostała pewnie przy swoich zdaniach, ale też nie o to chodziło by się przekonywać, a raczej by wymienić opinie.

Jeśli interesują was szczegóły - podsumowanie Konwencji można znaleźć tutaj.

środa, 08 czerwca 2011
Muzyka w chmurze

Gazeta Wyborcza wspomina o modelu "muzyki w chmurze". W opublikowanym 7 czerwca tekście można przeczytać m.in., że:

"Apple - koncern, do którego należy iTunes, największy dziś sklep z cyfrową muzyką (ok. 150 mln klientów), ma już umowy z głównymi wytwórniami - Universalem, EMI, Sony Music oraz Warnerem. Wczoraj sam Steve Jobs ogłaszał na scenie usługę iCloud, która ma rywalizować z Amazonem i Google'em. Filozofia jest nieco inna - iCloud to usługa, dzięki której na "półce" można przechowywać dokumenty, zdjęcia czy inne pliki. W tym także muzykę. Jeśli to pliki zakupione w iTunes, klienci Apple mogą bezpłatnie wrzucić je w chmurę i odsłuchiwać z różnych urządzeń (do 10 sztuk). Jeśli ktoś kupował muzykę w innych e-sklepach lub zgrał je z płyt CD, też może je wrzucić na serwery Apple'a, ale wówczas klient musi zapłacić za ich przechowywanie i udostępnianie 25 dol. rocznego abonamentu. Usługa ruszy jesienią tego roku." (Źródło: Grynkiewicz T., Muzyka w chmurze - login i hasło zastąpią płytoteki, Wyborcza.pl z dnia 2011-06-07)

Termin "muzyka w chmurze" pochodzi od anglojęzycznego terminu "cloud computing". W dużym skrócie można stwierdzić, że chodzi o model, w którym dane (np. pliki muzyczne) i niektóre aplikacje znajdują się na zewnętrznych serwerach firm dostarczających usługę, a nie na dyskach twardych indywidualnych użytkowników.

Warto przy tej okazji poczynić rozróżnienie pomiędzy usługami przechowywania plików muzycznych na serwerach firm zewnętrznych (tak jak opisywany iCloud), a serwisami subskrypcyjnymi dostarczającymi dostęp do katalogu nagrań. W pierwszym przypadku na zewnętrznym dysku klient musi mieć co przechowywać - np. zakupić wcześniej pliki muzyczne w iTunes. W drugim przypadku można nie mieć na własność żadnej muzyki - wystarczy płacić subskrypcję w Spotify lub Rhapsody by mieć nieograniczony dostęp do nagrań. Oczywiście oba rodzaje usług będą w pewnej perspektywie czasowej się przenikać.

Już w początku 2008 r. pisałem, że model subskrypcyjny proponowany przez Spotify lub Rhapsody będzie najprawdopodobniej dominował na rynku muzycznym w przyszłości. Cały czas jednak dominującym modelem jest model "płać-za-ściągnięcie" proponowany m.in. przez Apple. Być może jest zbyt wcześnie by Apple porzuciło go na korzyść modelu subskrypcyjnego, jednak uruchomienie usługi iCloud może być krokiem w tę stronę.

O ile model "płać-za-ściągnięcie" ma dużo wad, o tyle model subskrypcyjny też nie jest ich pozbawiony - postaram się poświęcić temu kolejny wpis. Tymczasem pozwolę sobie przypomnieć, że "chmury" proponowane dziś przez Apple, Amazon czy Google nie są niczym nowym. 

Jednym z pierwszych przedsięwzięć internetowych, oferujących bardzo podobne usługi był amerykański serwis MP3.com. Powstał on w listopadzie 1997 r. i opierał się na bardzo prostym pomyśle - udostępniał artystom miejsce na serwerach, na których mogli umieścić swoje utwory w formacie mp3. To jeszcze nie była "muzyka w chmurze" w całej okazałości, a jedynie zwykły - z dzisiejszej perspektywy - serwis udostępniający darmowe, legalne pliki.

W 2000 r. firma uruchomiła jednak usługę My.MP3.com, umożliwiającą konsumentom dostęp do muzyki z dowolnego komputera. Z usługi tej można było skorzystać na dwa sposoby. Po pierwsze, konsument mógł zakupić płytę kompaktową, która wysyłana była do niego pocztą, przy czym kupujący uzyskiwał już w momencie zakupu dostęp do nabytych nagrań, zapisanych w formie plików w serwisie  My.MP3.com. Oznaczało to, że zakupionej muzyki można było słuchać z dowolnego komputera jeszcze zanim płyta z nagraniami dotarła do nabywcy. I to już była realizacja pomysłu cloud computing.

Po drugie, serwis My.MP3.com zakupił 45 tys. albumów i umieścił ich cyfrowe wersje na swoich serwerach. Dzięki temu każdy użytkownik My.MP3.com, który udowodnił, że posiada daną płytę w swojej kolekcji (umieszczając jej egzemplarz w komputerowym odtwarzaczu CD celem jednorazowej weryfikacji legalności), uzyskiwał dostęp do plików znajdujących się na serwerach serwisu. W konsekwencji korzystający z serwisu nie musieli sami tworzyć cyfrowych wersji posiadanych płyt i mogli odtwarzać swoją muzykę z dowolnego komputera na świecie. Było to szczególnie wygodne dla tych konsumentów, którzy posiadali wiele płyt i dużo podróżowali. Dzięki My.MP3.com nie musieli wozić ze sobą kompaktów, uzyskując dostęp do posiadanej przez siebie muzyki przez łącza internetowe. To była już "muzyka w chmurze" niemal dokładnie według zasad proponowanych dziś przez Apple i inne firmy. Przypomnę: był rok 2000, nie było jeszcze iTunes, wciąż działał pierwszy "piracki" Napster.

Po co o tym piszę? Bo pouczające jest to dlaczego wtedy się nie udało. A nie udało się ponieważ duże koncerny muzyczne doprowadziły do zamknięcia My.MP3.com w jego ówczesnej formie. Proces wytoczony firmie jeszcze w styczniu 2000 r. (zaraz po uruchomieniu usług w ramach My.MP3.com) zakończył się w kwietniu 2000 r. orzeczeniem wyroku niekorzystnego dla MP3.com. Poszło oczywiście o prawa do nagrań.

Dlaczego jednak teraz nie ma procesów, a  zamiast nich są negocjacje? Chyba dlatego, że firmy fonograficzne są słabsze niż w 2000 r., a Apple, Amazon i Google dużo silniejsze niż ówczesne MP3.com. W efekcie zmiany sił oraz otoczenia rynkowego, zamiast spotykać się w sądzie firmy fonograficzne  wolą spróbować negocjacji. Największe koncerny muzyczne mogą żałować, że nie myślały tak w roku 2000, być może nie straciłyby tak dużej części rynku, a ich dzisiejsza wartość byłaby dużo większa. Swoją drogą to bardzo ciekawy temat dla badaczy relacji pomiędzy technologią a prawem...

wtorek, 31 maja 2011
Rynek muzyki cyfrowej w latach 2004-2010

Ostatnio dużo czasu spędzam licząc (badania, ankiety, dane itp.). Trzymając się więc tematu obliczeń zaprezentuję dane, które zebrał kto inny (konkretnie IFPI), a ja jedynie zestawiłem w formie tabelki.

Dane pokazują rozwój tzw. rynku muzyki cyfrowej, na co składają się przychody ze sprzedaży plików, subskrypcji internetowych oraz sprzedaży nagrań i dzwonków za pomocą telefonów komórkowych obliczone według stałych kursów dolara do walut lokalnych.  Innymi słowy tabela pokazuje jak rozwija się globalna sprzedaż formatów niematerialnych (w odróżnieniu od formatów fizycznych - płyt CD, winyli itp.).

Jak widać, formaty cyfrowe stanowią już niemal 1/3 globalnego rynku muzycznego. Należy mieć jednak świadomość, że wielkość sprzedaży formatów niematerialnych na poszczególnych rynkach jest bardzo różna. Przykładowo, w krajach Dalekiego Wschodu formaty niematerialne są bardzo popularne (m.in. dzięki mocno rozwiniętej sprzedaży za pośrednictwem telefonów komórkowych), a ich sprzedaż już dawno przekroczyła sprzedaż formatów fizycznych (jest tak np. w Korei Południowej). Z drugiej strony w innych krajach sprzedaż muzyki cyfrowej osiąga bardzo niewielkie wartości w porównaniu ze sprzedażą płyt kompaktowych (np. w Polsce).

Oczywiście nie ma prostego przełożenia między sprzedażą formatów cyfrowych a ich popularnością. Związane jest to po pierwsze z tym, że formaty cyfrowe (pliki) mogą być nieodpłatnie legalnie oferowane przez artystów i wytwórnie w celach promocyjnych (o czym kiedyś - gdy miałem więcej czasu - pisałem). Po drugie, popularność formatów cyfrowych związana jest z poziomem tzw. piractwa internetowego. Upraszczając - w Polsce pliki są więc bardzo popularne, ale niewiele osób je kupuje. 

Rok

2004

2005

2006

2007

2008

2009

2010

Wartość przychodów ze sprzedaży formatów cyfrowych (w miliardach USD)

0,4

1,2

2,2

2,9

3,7

4,2

4,6

Jaki procent rynku fonograficznego stanowi rynek muzyki cyfrowej

2%

5%

11%

15%

20%

27%

29%

 Źródło: raporty "Digital Music Report", udostępnione przez IFPI.

czwartek, 31 marca 2011
Podaż muzyki jest duża, sprzedaż pojedynczych tytułów już niekoniecznie

O tym, że nie jest łatwo zarobić na sprzedaży nagrań wiadomo nie od dziś. Ostrożne szacunki z końca lat 90. XX w. mówiły, że tylko jedna na dziewięć wydanych płyt jest w stanie zwrócić koszty. Dane, które znalazłem w serwisie digital music news świadczą o tym, że dziś wcale nie jest łatwiej.

Wspomniany serwis doniósł jakiś czas temu, że na 98 tysięcy albumów wydanych w USA w 2009 r. sprzedaż jedynie kilku przekroczyła milion sztuk. Co więcej, "jedynie 2,1% zdołało przekroczyć poziom 5000 sprzedanych sztuk". Innymi słowy - spośród wielu wydanych płyt bardzo niewielka liczba odnosi sukces komercyjny.

Oczywiście nie musi być tak, że sprzedaż 1 miliona sztuk gwarantuje zysk. Jeśli osiągnięcie owego 1 miliona wiązało się z poniesieniem znacznych nakładów na nagranie i promocję, wówczas zysków może nie być wcale. I na odwrót - przy niskich kosztach sprzedaż owych 5000 sztuk może przynieść zysk. Problem jednak polega na tym, że zapewne występuje korelacja pomiędzy nakładami na promocję a wysokością sprzedaży. Znaczy to tyle, że wprawdzie duże nakłady na promocję nie gwarantują zysku, jednak bez tych nakładów osiągnięcie wysokiej sprzedaży jest jeszcze trudniejsze. W związku z tym najważniejsze jest znalezienie właściwego balansu pomiędzy wydatkami na nagranie, dystrubucję i promocję, a oczekiwaną sprzedażą. Po prostu biznes, z tym że konkurencja jakby nieco większa niż gdzie indziej.

 

PS. Wpis ten zawierał jeszcze dwa niezwykle ciekawe akapity na temat innych danych, jednak serwis blox.pl raczył się zawiesić i wszystko przepadło. Być może wrócę do tych danych w kolejnym wpisie, jeśli znajdę czas i motywację do pisania o tym ponownie. W międzyczasie poszukam jednak mniej awaryjnej platformy blogowej, bo to co tu się dzieje skutecznie zniechęca do pisania czegokolwiek.

środa, 12 stycznia 2011
8-bit z rosyjskiego netlabela 8081 na nowy 2011r.

Dawno nie pisałem o nowych darmowych wydawnictwach, czyż nie? Choćby po tytule niniejszego wpisu widać, że wyszedłem z wprawy. Ale co tam, skoro znalazłem rosyjski netlabel specjalizujący się w moich ulubionych 8-bit, chiptune i nintendocore (to ostatnie określenie podoba mi się najbardziej, zob. podlinkowane wiki).

Stronę netlabela znajdziecie tutaj, a profil na FB tu. A wydawnictwo, od którego proponuję zacząć zwie się New York Battle 2011 i jak sama nazwa wskazuje traktuje o nowym roku, zimie, a nawet o niedawno minionych świętach. Składanka jest do pobrania za darmo tutaj.

8081_va005

poniedziałek, 10 stycznia 2011
Czytanie komiksów w Empiku i ekonomiczne paradoksy

Gazeta Wyborcza pisze dziś o tym, że niektórzy wydawcy komiksów skarżą się na to, że w Empikach rozpowszechniła się praktyka czytania komiksów. Wyborcza.pl pisze, że:

"W empikach to norma: w pobliżu regału z komiksami zawsze siedzą na podłodze miłośnicy obrazkowych historii. Pochłaniają książkę, po czym albo odstawiają ją na miejsce, albo na stosik gdzieś obok, po czym biorą się za następny komiks. (...) W Polsce większość komiksów sprzedaje się w nakładach od kilkuset do dwóch tysięcy egzemplarzy. Według Tomasza Kołodziejczaka z wydawnictwa Egmont, klienci empików potrafią zaczytać na strzępy nawet sto egzemplarzy. To znaczący odsetek nakładu." (Źródło: Wojtczuk M., Czytasz komiksy w empiku? To jak piractwo w internecie, Gazeta Stołeczna, 2011-01-10.)

Z jednej strony nie ma się co dziwić wydawcom, że narzekają. Komiksy czytane w ten sposób stanowią dla nich koszt, bowiem zużywają się fizycznie i ich wartość spada do zera (nikt ich nie kupi). Biorąc pod uwagę, że obecność na półce w Empiku jest kosztowna, zużyty egzemplarz wracający do wydawcy znacząco pomniejsza jego zyski. Zakładamy, że osiąga zyski, bowiem w przeciwnym wypadku wycofałby się z Empiku. Zyski są, ponieważ nawet jeśli kilkunastu czytelników zrezygnuje z zakupu po przeczytaniu komiksu w ten sposób, ktoś jednak go (tzn. niezużytą kopię) w końcu kupi. Zyski są jednak mniejsze niż mogłyby być (lub niż wydawcy wydaje się, że mogłyby być), co budzi sprzeciw firm wydających komiksy.

Z drugiej jednak strony, nie ma się co dziwić empikowym czytelnikom. Wielu spośród nich ma na tyle niskie dochody, że nie są w stanie kupić wszystkiego co chcieliby przeczytać. Nie każdy tytuł jest na tyle dobry, by dysponujący niskimi dochodami konsument chciał go mieć na własność. Jeśli jednak czytelnik komiksów chce się cieszyć statusem osoby obeznanej w temacie (a dla wielu czytelników ma to znaczenie), powinien znać większość nowych publikacji. Logicznym jest więc to, że skoro jest okazja by przejrzeć dany tytuł w Empiku, niektórzy robią to. Przypuszczalnie są to młodzi czytelnicy, którzy mają niskie dochody i sporo czasu wolnego. Mały komfort panujący w Empikach nie przeszkadza im, bowiem komiks przeczytany w ten sposób stanowi dla nich określoną oszczędność.

Nie znamy stosunku Empiku do tych praktyk. Skoro w tekście czytamy, że "w empikach to norma", widać są one tolerowane. Pytanie czy dzieje się tak dlatego, że Empik chce mieć wizerunek miejsca, w którym można poczytać (i dlatego toleruje uciążliwe praktyki czytelników komiksów), czy też obecność czytelników komiksów po prostu się opłaca (bo jednak coś tam kupują, bo przyciągają innych klientów, etc.). Warto zwrócić uwagę, iż ewentualne straty Empiku wynikają z tego, że tłum robiony przez czytelników komiksów może odstraszać innych konsumentów. Faktyczny koszt zniszczenia kopii komiksu ponosi wydawca, bowiem niesprzedane egzemplarze są przez Empik zwracane.

Na czym polega więc ekonomiczny paradoks? Na tym, że w długim terminie zarówno wydawcom komiksów, jak i czytelnikom mogłoby się opłacić wycowanie się z Empików. Wynika to z faktu, że Empiki mają wysoką marżę i ograniczone wolne miejsce na półkach (co stanowi o przewadze Empików w negocjacjach z wydawcami, co z kolei przekłada się na niekorzystne dla wydawców praktyki silniejszej strony). Gdyby wydawcy byli w stanie stworzyć alternatywny kanał dystrybucji, wówczas mogliby zaproponować niższe ceny. To natomiast pozwoliłoby czytelnikom na zakup większej liczby egzemplarzy, co w naturalny sposób zmniejszyłoby ich motywację do czytania "na miejscu" (nawet gdyby w tej alternatywnej rzeczywistości było to możliwe). Nakłady mogłyby się więc zwiększyć, co przy niezmienionej marży wydawców powiększyłoby ich zyski.

Problem polega jednak na tym, że Empiki są potrzebne wydawcom bo tam właśnie sprzedaje się dużo komiksów. Stworzenie alternatywnego kanału dystrybucji jest koszowne, a reakcja czytelników na jego powstanie nie jest pewna. Pewnie zarówno wydawcy, jak i czytelnicy zyskaliby na stworzeniu alternatywnego kanału dystrybucji, ale problemem jest to, że obie strony nie mogą się umówić na solidarne korzystanie z nowej formy sprzedaży.

Problem empikowego czytelnictwa można rozwiązać na wiele sposobów, np. rozwijając handel przeczytanymi komiksami, tworząc system wypożyczalni, programy lojalnościowe, systemy prenumeraty, itp. Nie znam specyfiki tego rynku na tyle by stwierdzić czy wszystkie możliwe opcje zostały wykorzystane. Być może tekst w Wyborczej nie jest jedynie wyrazem frustracji wydawców, lecz stanowi element jakieś próby sił między nimi a Empikiem? Jeśli tak, to znów dostało się czytelnikom, czyli nie tym, którym powinno...

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
Zakładki:
ENGLISH VERSION
o autorze
serwisy poświęcone netaudio
muzyka: katalog netlabeli (legalne mp3 za darmo)
muzyka stąd (PL, CZ, YU, UA...itd.)
muzyka, kultura: blogi, czasopisma
muzyka: nowości z netlabeli
muzyka: portale (informacje, nowości)
Nauka
Organizacje, wiki
Programy
Zaprzyjaźnione

Biznes Muzyczny: książka o branży fonograficznej

Kliknij aby dowiedzieć się więcej
Ksiazka: Biznes Muzyczny


Add to Technorati Favorites
Creative Commons License
Pewne prawa zastrzeżone
Patryk Gałuszka
katalog blogów - wjo.pl
hit counter