przemysł kulturowy, biznes muzyczny, ekonomia kultury, muzyka popularna, media, fonografia, ekonomia własności intelektualnej, zarządzanie kulturą, marketing muzyki, netlabel, mp3 blog, popular music studies
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Gigantyczne odszkodowania za nieautoryzowane ściąganie nagrań

Co jakiś czas prasa donosi o gigantycznych odszkodowaniach zasądzanych przez amerykański wymiar sprawiedliwości w sprawach wytaczanych przez firmy fonograficzne osobom ściągającym nagrania z nieautoryzowanych źródeł. Przykładem może być tu sprawa opisana ostatnio w Gazecie Wyborczej. Czytamy w niej, że:

"W 2003 r. do domu Tenenbaumów przyszedł list, w którym 16-letni wtedy Joel został oskarżony o nielegalne ściąganie piosenek z internetu. Wytwórnie, które miały do prawa do siedmiu wskazanych w liście utworów, zażądały łącznie ponad pięciu tys. dolarów zadośćuczynienia (...) Nastolatek oświadczył, że może zapłacić 500 dol., bo tylko na tyle go stać. Propozycja nie przeszła i sprawa cztery lata później trafiła do sądu. (...) Tenenbaum chciał pójść na ugodę i zapłacić pięć tys. dol., ale firmy odrzuciły propozycję. Od tego momentu stawka zaczęła rosnąć... Kolejne apelacje Amerykanin przegrywał, aż w piątek sąd federalny nakazał mu zapłacić 675 tys. dol. (...) Dorosły już mężczyzna w ciągu tych kilku lat miał jednak okazje, żeby proces zakończyć. W 2010 r. sąd obniżył karę do 67,5 tys. dol., ale jego prawnicy postanowili pójść na całość i walczyć o wycofanie pozwu. Apelację przegrali i sędzia przywrócił kwotę dziesięciokrotnie wyższą." (Źródło: Mateusz Szaniewski, Musi zapłacić 675 tys. dol., bo ściągnął 30 piosenek. Dziewięć lat temu jako nastolatek! wyborcza.pl z dnia 2012-08-26).

Sprawa jest w pewnym sensie modelowa, jednak mało który internauta dochodzi tak daleko. Zazwyczaj schemat wygląda w uproszczeniu następująco:

  1. Internauta udostępniał w sieci zawartość, do której majątkowe prawa autorskie mają koncerny medialne (nie tylko wytwórnie muzyczne, także np. studia filmowe). Sam fakt ściągnięcia nieautoryzowanego pliku byłby trudniejszy do przeprowadzenia przed wymiarem sprawiedliwości, co nie jest jednak przeszkodą w ściganiu ponieważ sieci P2P działają tak, że aby ściągać, trzeba z reguły udostępniać.
  2. Dostawca internetu udostępnił reprezentantom właścicieli majątkowych praw autorskich dane osoby udostępniającej treści. Dlaczego udostępnił? Nie chciał narazić się na oskarżenie o ułtatwianie tzw. piractwa.
  3. Prawnicy reprezentujący właścicieli majątkowych praw autorskich wysyłają internaucie list (tzw. Cease and desist), w którym żądają zaprzestania naruszeń oraz informują, że w przypadku niezastosowania się, skierują sprawę do sądu. List taki (lub kolejny wysłany w przypadku niezastosowania się) proponuje ugodę polegającą np. na zapłaceniu przez internautę kwoty rzędu np. 5000 USD (tak było we wspomnianym przypadku).
  4. Większość internautów, którzy mają na sumieniu udostępnianie w sieci nieautoryzowanych treści decyduje się zapłacić. Prawie nikt nie chce się spotkać w sądzie z prawnikami wynajętymi przez koncerny medialne. Tzw. "przeciętny Amerykanin" wprawdzie nie pamięta dokładnie kiedy ściągnął te kilka plików, o których wspomniano w liście, ale słusznie zgaduje, że koncerny medialne stać na dużo lepszych prawników. Strach przed procesem stwarza zresztą pole do nadużyć: wielu internautów ma na sumieniu udostępnienie jakichś treści w sieci, niemal nikt nie chce się szarpać z koncernami w sądzie, a zatem prawie każdy płaci, mimo że część spraw możnaby pewnie wygrać (np. korzystając z prawa o dozwolonym użytku).
  5. Nieliczni decydują się na walkę w sądzie. O większości spraw opinia publiczna poza USA nie dowiaduje się. Ugoda zawarta pomiędzy udostępniającym nagrania internautą a koncernami medialnymi to żaden news. Docierają do nas zatem informacje o głośnych wyrokach, takich jak ten opisany powyżej. Interesujemy się nimi bo zasądzone odszkodowania są zaskakująco wysokie.

Warto się zatem zastanowić czemu sądy decydują się na takie właśnie wysokości odszkodowań. Wbrew pozorom wyjaśnienie jest stosunkowo proste i wcale nie chodzi tu o faktyczne wyliczenie strat poniesionych przez właścicieli majątkowych praw autorskich wskutek aktu piractwa dokonanego przez pozwanego internautę. Za rozumowaniem sądów stoi ekonomiczna analiza prawa, często wykorzystywana przez wymiar sprawiedliwości w USA (a rzadko u nas). Rozumowanie jest następujące: siła oddziaływania sankcji jest uzależniona od wysokości kary i prawdopodobieństwa skazania osoby naruszającej prawo. Ponieważ treści w sieci są udostępniane przez miliony internautów, prawdopodobieństwo że konkretny internauta zostanie złapany jest znikome. Wyobraźmy sobie ile kosztowałoby wysłanie Cease and desist letters do chociażby 10% naruszających, nie mówiąc o wytaczaniu wszystkim procesów. A zatem skoro prawdopodobieństwo ujęcia i skazania jest tak niskie, kara musi być bardzo dotkliwa aby uczynić proporcję wysokość kary/prawdopodobieństwo skazania istotną.

Oczywiście tak wysoka kara zdaje się przeczyć tzw. zdrowemu rozsądkowi. Przecież wspomniany internauta i tak nie zapłaci zasądzonej kwoty. Zapewne ogłosi bankructwo i koncerny medialne nie zobaczą ani centa ze wspomnianych setek tysięcy USD. Nie o to im jednak chodziło. Celem koncernów było takie odszkodowanie, o którym dowiedzą się wszyscy, bo - idąc wyjaśnionym powyżej tokiem rozumowania - tylko taki wyrok zrekompensuje niskie prawdopodobieństwo ujęcia reszty naruszających prawo.

Taki sposób rozumowania nie pomoże jednak branży fonograficznej  w odzyskaniu utraconej pozycji rynkowej. Po pierwsze, takie wyroki są bardzo źle odbierane przez opinię publiczną. Powodują wzmocnienie postawy "wszystkich przecież nie złapią" i mogą skłaniać do zwięszenia ruchu w tzw. pirackich sieciach na zasadzie "ściągajmy co się da zanim wezmą się za nas". Po drugie, batalie sądowe są bardzo kosztowne, o czym pisałem tutaj. Po trzecie, branża powinna poświęcić więcej środków na przebudowę swoich modeli biznesowych - tylko tak może zatrzymać utratę rynku, o czym wielokrotnie pisałem.

Na zakończenie odeślę do artykułów Bena Depoortera i współautorów (pierwszy artykuł, drugi artykuł). Chyba nikt lepiej nie wyjaśnił tzw. paradoksu niemożności, polegającego na tym, że nie da się jednocześnie osiągać efektu odstraszania (zniechęcać do piractwa) i promować postaw przychylnych prawu autorskiemu. Można osiągnąć albo jedno, albo drugie. Nie jest to oczywiście dobra informacja dla tych osób w branży medialno-rozrywkowej, które myślą o radykalnej rozprawie z tzw. piratami.

wtorek, 24 lipca 2012
Jak podpisać kontrakt nagraniowy z wytwórnią muzyczną?

Ten wpis jest konsekwencją tego wpisu. Tytuł wpisu może być częściowo mylący, bowiem nie będę tu wyjaśniał co zrobić by dostać propozycję podpisania kontraktu, ale to jak go podpisać taką ofertę już mając. Innymi słowy, jakie rodzaje kontraktów może zaproponować firma fonograficzna oraz na co zwrócić uwagę negocjując warunki umowy. Temu co zrobić by w ogóle dostać propozycję podpisania kontraktu oraz czy warto o to zabiegać, poświęcę dwa wpisy w sierpniu.

Zacznijmy od tego, że do podpisania kontraktu warto przygotować się merytorycznie, w przeciwnym wypadku może skończyć się to tak. Najlepiej jest, mając gotową umowę, skonsultować się z prawnikiem specjalizującym się w prawie autorskim i znającym realia rynku muzycznego oraz popytać artystów z branży. Warto też przeczytać tę książkę i - ku przestrodze - ten wpis Steva Albiniego o kontraktach nagraniowych. A także wpis Davida Byrne'a. Wszystkie  wymienione pozycje należy traktować jako źródła do niniejszego wpisu.

Obecnie najczęściej spotyka się 5 rodzajów kontraktów nagraniowych (podkreślam - nagraniowych - a zatem takich, jakie podpisuje artysta z wytwórnią muzyczną; kontrakty dotyczące występów na żywo lub zarządzania prawami autorskimi to całkowicie inny typ umów). Poniżej uszeregowałem je począwszy od takiego, który najmocniej łączy artystę z firmą nagraniową, a skończywszy na najluźniejszym rodzaju związku. Należy przy tym podkreślić, że drugi z opisanych typów kontraktów był przez lata standardem (przynajmniej jeśli chodzi o współpracę z największymi koncernami muzycznymi). Obecnie sytuacja na rynku fonograficznym zmienia się dość dynamicznie, więc nie liczyłbym na to, że debiutujący artysta otrzyma od razu propozycję wieloletniej umowy standardowej. Ale po kolei.

Pierwszy rodzaj kontraktu - umowa typu 360º (360º deal) stał się popularny stosunkowo niedawno. Daje on wytwórni muzycznej niemal całkowitą kontrolę nad wszystkimi aspektami kariery artysty. Oznacza to, że kontraktem objęte są nie tylko przychody ze sprzedaży nagrań artysty, ale także przychody z pozostałych dwóch strumieni - z koncertów oraz publishingu muzycznego, jak również dodatkowych źródeł, takich jak wykorzystanie marki artysty (np. sprzedaż produktów z jego wizerunkiem). Artysta oddaje wytwórni bardzo dużo, więc przed podpisaniem takiej umowy należy zastanowić się czy wytwórnia rewanżuje się artyście w należyty sposób. Umowy 360º dają bowiem wytwórni udział w większości, jeśli nie wszystkich źródłach przychodu, jakie wygeneruje artysta. Nie ma w tym nic złego jeśli w zamian za to artysta dostaje świetną zaliczkę, przyzwoite tantiemy i bardzo dobre wsparcie promocyjne. Ideą tego rodzaju kontraktu jest bowiem to by firma fonograficzna motywowana perspektywą udziału we wszystkich źródłach przychodu, jakie wygeneruje artysta, nie bała się w takiego artystę dużo zainwestować. Umowę typu 360º może zaproponować duży koncern fonograficzny, który ma realne możliwości promocyjne, jak również mniejsza firma ze świetną pozycją w danym segmencie rynku (np. konkretnym gatunku muzyki). W przeciwnym wypadku poważnie zastanowiłbym się czy taką umowę podpisywać - po co oddawać , skrótowo mówiąc "prawa do wszystkiego", firmie, która artyście z zamian za to nic nie może dać?

Drugi rodzaj kontraktu to tzw. umowa standardowa. Nazwa pochodzi, jak wspomniałem, od tego, że w XX w. był to najczęściej spotykany - w przypadku dużych wytwórni - rodzaj kontraktu. W skrócie polega on na tym, że firma fonograficzna przejmuje majątkowe prawa autorskie do nagrania, w zamian za co wypłaca artyście zaliczkę, a jeśli płyta sprzeda się bardzo dobrze - także tantiemy. W skrócie: w większości przypadków artysta nie otrzyma od wytwórni nagraniowej żadnych tantiem, dopóki nie spłaci zaliczki. Nie będę o tym rodzaju kontraktu rozpisywał się za bardzo, bowiem już go kiedyś opisałem na tym blogu: koniecznie przeczytajcie ten wpis oraz ten wpis. Wynika z nich, że mając podpisany kontrakt standardowy bardzo trudno jest zarobić na sprzedaży płyt. Potrzebne są albo bardzo wysokie sprzedane nakłady albo bardzo niskie koszty nagrania (czytaj: niska zaliczka), a najlepiej oba naraz. Ponieważ jednak kontrakt standardowy, w przeciwieństwie do umowy typu 360º zostawia artyście część praw (np. do rozporządzania własną marką), popularność uzyskana dzięki wsparciu wytwórni może w pozytywny sposób przełożyć się na przychody artysty nawet jeśli płyty nie sprzedają się fenomenalnie. Z drugiej strony, jeśli płyta nie będzie sprzedawać się dobrze, wówczas wytwórnia może dążyć do rozwiązania umowy lub mniej chętnie będzie inwestować w danego artystę w przypadku kolejnej płyty.

Trzeci rodzaj kontraktu to umowa licencyjna (license deal). Jest ona podobna do umowy standardowej, z tą różnicą, że firma fonograficzna nie posiada pełni praw do nagrania dźwiękowego - jest ono własnością artysty, który udziela wytwórni licencji na wykorzystywanie nagrania na ustalony kontraktem okres, np. około 7 lat (Byrne, 2007). W przypadku umowy licencyjnej firma fonograficzna ma słabszą pozycję niż w przypadku umowy standardowej (nie wspominając o umowie typu 360º), może mieć więc mniejszą motywację do inwestowania w artystę. Zdarzało się kiedyś jednak tak, że umowy licencyjne były podpisywane z artystami mającymi silną pozycję negocjacyjną, szczególnie gdy wytwórni bardzo zależało na podpisaniu kontraktu. Dziś na to bym zbytnio nie liczył. Na co może liczyć artysta, któremu zaproponowano umowę licencyjną? Np. na mniejszą niż w przypadku umowy standardowej zaliczkę. Ale także na to, że kiedyś tam w przyszłości będzie miał w ręku majątkowe prawa autorskie do swoich nagrań, co być może przełoży się na jakieś zyski, które pójdą prosto do jego kieszeni.

Czwarty rodzaj kontraktu to umowa o podziale zysków (profit sharing deal). W tym wypadku firma fonograficzna nie finansuje procesu nagrania lub czyni to w bardzo niewielkim stopniu, ograniczając się do wybranych działań promocyjnych i dystrybucyjnych. Artysta zachowuje majątkowe prawa autorskie do nagrania, a zyski ze sprzedaży fonogramów dzielone są w sposób ustalony w kontrakcie (np. 50-50). Umowa o podziale zysków jest często stosowana przez niezależne wytwórnie działające w niszach rynkowych. Mają one rozwiniętą sieć kontaktów ułatwiających działania promocyjne i dystrybucyjne, ale nie mogą lub nie chcą inwestować dużych środków w finansowanie nagrania. W takim wypadku koszty pracy w studiu ponoszone są w większości przypadków, przynajmniej częściowo, przez artystów. 

Piąty rodzaj kontraktu to umowa zakładająca wytłoczenie i dystrybucję płyty (pressing and distribution deal, zwane także P&D). Zakłada ona, że artysta (lub mała wytwórnia muzyczna) zleca firmie fonograficznej, producentowi nagrań lub dystrybutorowi jedynie to czego nie może zrobić samodzielnie - wytworzenie odpowiedniej ilości egzemplarzy płyty wraz z opakowaniem oraz ich dystrybucję. Wytłoczone płyty są dostarczane przez dystrybutora do punktów detalicznych w zamian za prowizję, ustaloną w umowie. Jeśli artysta, tak jak to było opisane w tym wpisie, przychodzi do wydawcy z gotowym nagraniem (załóżmy, że faktycznie gotowym i wydawca nie musi już zlecać np. masteringu), wówczas właśnie ten tym umowy powinien zostać podpisany. Ewentualnie, jeśli firma fonograficzna jest w stanie zaoferować artyście świetne wsparcie promocyjne, w które zainwestuje istotne środki, wówczas można rozważać podpisanie umowy o podziale zysków. Nie powinno jednak, w przypadku dysponowania gotowym materiałem, dochodzić do przenoszenia majątkowych praw autorskich do nagrania.

Umowy mają zazwyczaj to do siebie, że są podpisywane przez strony, które mają odmienne interesy finansowe. Nie należy więc dziwić się firmom fonograficznym, że chcą uzyskać dla siebie jak najlepsze warunki. Pracownikowi wytwórni proponującemu kontrakt nie chodzi o celowe zrobienie artystów "w konia", ale o uzyskanie jak najlepszych warunków dla swojej firmy. Problem pojawia się, gdy artysta podpisuje wszystko co mu się podsunie. Tak niestety się zdarza - w negocjacjach na linii wytwórnia - artysta  to wytwórnie mają przewagę i artystom rzadko udaje się uzyskać całkowitą zmianę kontraktu na swoją korzyść. Jeśli jednak artysta przystępuje do negocjacji bez żadnej wiedzy o tym jak takie umowy wyglądają, wówczas ryzykuje podpisanie niezbyt korzystnego kontraktu.

Na co zwrócić uwagę podpisując kontrakt? Przede wszystkim na zwrot "przeniesienie majątkowych praw autorskich". Jeśli widzicie taki zapis, zastanówcie sie czy macie do czynienia z umową typu 360º albo kontraktem standardowym? Innymi słowy, czy wytwórnia wypłaca wam zaliczkę (pokrywa koszty pracy w studiu oraz część kosztów promocji, np. nagranie teledysku) oraz obiecuje wypłatę tantiem? Warto mieć świadomość, że podpisanie umowy o przeniesieniu majątkowych praw autorskich do nagrania w sytuacji gdy samemu poniosło się koszty pracy w studiu, z ekonomicznego punktu widzenia oznacza podarowanie wytwórni muzycznej paru tysięcy złotych. Nie mówię, że to (przeniesienie praw gdy samemu poniosło się koszty nagrania) nigdy się nie opłaci, trzeba jednak mieć świadomość, że po podpisaniu artysta nie będzie mógł zrobić z nagraniem tego co zechce. Z tych samych przyczyn zwróciłbym uwagę na zapis mówiący o tym co dzieje się z "taśmą matką", "masterem" czy jakkolwiek to nazwiemy. Kto nią rozporządza? W przypadku umowy o podziale zysków i umowy P&D powinien to być artysta.

Warto też spróbować wynegocjować w kontrakcie zapisy, które będą jak najbardziej precyzyjnie wskazywać obowiązki drugiej strony. Chodzi tu w szczególności o precyzję i określenie tego jakie będą konsekwencje nie wywiązania się z konkretnych zapisów. Jeśli bowiem w umowie zapisane będzie, że wytwórnia zobowiązuje się do "promowania nagrania", wówczas w przypadku sporu bardzo ciężko będzie artyście udowodnić, że wytwórnia w istocie "nie promowała". Warto powalczyć o większą precyzję, ale - jak pisałem na początku - do tego może być potrzebna pomoc doświadczonego prawnika.

Oczywiście rodzaje kontraktów opisane powyżej są w pewnym sensie uproszczeniami, "typami idealnymi". Umowa jaką dostaniecie do podpisu może mieć część cech jednego rodzaju kontraktu, a część drugiego. Krótko mówiąc: to dość złożony temat i trzeba go dobrze przerobić zanim złoży się podpis na dokumencie. Warto czytać ze zrozumieniem i próbować negocjować.

Na koniec warto pamiętać o tym, że siła negocjacyjna artysty zależy od alternatyw jakie ma. Jeśli jest tak, że tylko jedna wytwórnia na świecie jest zainteresowana wydaniem danego materiału, a wszystkie inne nawet nie chcą odbierać telefonów od artysty, wówczas pozycja negocjacyjna takiego artysty nie jest dobra. Szczególnie jeśli ta wytwórnia o tym wie. Przed podpisaniem kontraktu warto się więc rozejrzeć i popytać - jakie są typowe umowy proponowane przez daną wytwórnię? jakie umowy podpisali koledzy z innych zespołów? czy inna firma zgodzi się na lepsze warunki umowy? czy firma ma dobrą opinię na rynku?

czwartek, 19 lipca 2012
Artysta prosi by ukraść jego album

Z pewnym smutkiem przeczytałem dwa wpisy na portalu Natemat. Opisują one złe doświadczenia jakie spotkały zespół Skowyt w trakcie prób wydania pierwszej długogrającej płyty. W pierwszym wpisie czytamy m.in., że:

"Jako zespół z definicji niezależny, płytę „Achtung, Polen!” nagraliśmy własnymi środkami. Chcieliśmy mieć pełną kontrolę nad tym co i jak gramy. Nie chcieliśmy od potencjalnego wydawcy pieniędzy na nagranie krążka bo prowadzi to do wynaturzeń i daje mu prawo wpływania na naszą muzykę. Nie chcieliśmy być dłużnikami w swojej własnej twórczości. Dlatego nagraliśmy album samodzielnie i uderzaliśmy do wydawców z pełnym pakietem: nagrana płyta, singiel i gotowy projekt oprawy graficznej." (Źródło: Wyrwij chwasta – o muzykach idiotach i wydawcach ignorantach).

Dalej opisane są doświadczenia we współpracy z pierwszym wydawcą:

"W skrócie, oto co udało nam się „osiągnąć” przez sześć miesięcy współpracy (cały czas z gotową płytą):

1. Nigdy nie udało się ustalić przybliżonego terminu wydania płyty.
2. Nie dostaliśmy żadnego wsparcia medialnego. Ba, nie było nawet pomysłów wsparcia.
3. Dowiedzieliśmy się jak powinno się robić hity (że np. w refrenie powinno być „lalalalala” – to cytat ze wspomnianego maila).
4. Oddaliśmy prawa do niemal wszystkiego za NIC (umowa).
5. Odbyliśmy kilka kompletnie bezproduktywnych spotkań z wydawcą, w czasie których dowiedzieliśmy się np. że mamy w sobie „wewnętrzną anarchię”." (Źródło: Wyrwij chwasta – o muzykach idiotach i wydawcach ignorantach).

Po zerwaniu umowy z pierwszą wytwórnią zespół nawiązał współpracę z drugą, o której autor postu pisze tak:

"Niestety człowiek ten, poza byciem sympatycznym, okazał się również kompletnie niezaradny.

Nie chce mi się rozpisywać, podam tylko kilka sytuacji powstałych w wyniku tej owocnej współpracy:
1. Płyta „Achtung, Polen!” miała swoją oficjalną premierę w grudniu 2011 roku. W wielu największych sklepach pojawiła się dopiero pół roku później.
2. Musieliśmy dogadać się z zewnętrzną agencją dystrybucyjną, by płyty w ogóle trafiły do Empików. Nasz wydawca nie kiwnął palcem.
3. Empik wziął kilkadziesiąt sztuk na całą Polskę (wow!)
4. Okładka płyty została źle wydrukowana przez drukarnię. Nasz wydawca nie kiwnął palcem.
5. Nasz wydawca zgubił 300 okładek do płyt.
I tak dalej, i tak dalej." (Źródło: Wyrwij chwasta – o muzykach idiotach i wydawcach ignorantach).

Po tym jak cytowany wpis stał się popularny, autor opublikował kolejny. Znajdziemy w nim następujący apel:

"Niestety, jesteśmy związani umową z wydawcą i nie możemy udostępnić swojej płyty oficjalnie, za darmo. Wydawca miałby wtedy prawo pozwać nas do sądu. I pewnie dojechałby nas tam konkretnie na grubą kasę. Ale możemy zrobić coś innego, co może będzie jakimś impulsem dla wielu innych zespołów, które męczą się w oszukańczych albo po prostu nieefektywnych układach z wydawcami. Coś, co może chociaż w małym stopniu wpłynie na zmianę sytuacji. Mianowicie:

CHCĘ WAS ZACHĘCIĆ, ŻEBYŚCIE UKRADLI NASZ ALBUM." (Źródło: Proszę, ukradnij mój album – niecodzienny apel muzyka Skowytu. "Żeby zanegować chałę polskiego rynku muzycznego").

Po czym następuje krótka zachęta do dzielenia się nagraniami na torrencie.

Bardzo współczuję zespołowi złych doświadczeń jakich nabyli próbując zadebiutować płytą długogrającą na polskim rynku muzycznym (zakładam, że te wpisy to coś więcej niż błyskotliwy viral i wyrażają faktyczny gniew autora). Jest jednak jedno "ale": wygląda na to, że zespół wyruszył na front fonograficzny bez merytorycznego przygotowania. Można było popytać w środowisku, poszukać w necie (np. kanoniczny wpis Steva Albiniego o kontraktach nagraniowych lub nieco akutalniejszy wpis Davida Byrne'a na ten sam temat). Jeśli zespół był gotów zmierzyć się z nieco obszerniejszym źródłem - można było także zajrzeć do mojej książki...

Jedną z moich motywacji do napisania książki o branży fonograficznej było to, że chciałem by artyści w Polsce, podpisując kontrakt nagraniowy, nie popełniali błędów swoich kolegów np. z USA. Co więcej, jeśli dobrze dedukuję (tu mogę się mylić), zespół Skowyt był jednym z pięćdziesięciu, do których serwis MegaTotal wysłał moją książkę w ramach akcji promocyjnej. Oczywiście można przyjąć, że nawet jeśli zespół książkę dostał i przeczytał, to na wiele ona mu się nie przydała, bo miała charakter naukowy a nie poradnikowy. OK, my fault, ale pisanie poradników zostawiam praktykom z branży. Na okładce książki (i oczywiście na tym blogu) jest jednak podany mój mejl, więc można było po prostu zapytać czy umowa, którą podsuwa wydawca jest w porządku. Na niezaradność wydawcy nie mógłbym nic poradzić, ale ocenić sensowność umowy - jak najbardziej tak.

Według klasyfikacji Davida Byrne'a zespół podpisał prawdopodobnie tzw. manufacturing and distribution deal. W przypadku takich umów artysta nie powinien godzić się na przeniesienie majątkowych praw autorskich do nagrania. Przecież sami muzycy, a nie wytwórnia ponieśli koszty rejestracji albumu, nie powinno być tu zatem mowy o zaliczkach i przeniesieniu praw do nagrania. Oczywiście nie mam wglądu w kontrakt, opieram się jedynie na wpisie internetowym. Nie wiem czy zespół miał szanse wynegocjować cokolwiek więcej. Jeśli jednak w istocie jest tak jak opisuje to autor ("Oddaliśmy prawa do niemal wszystkiego za NIC"), to gorzej się tego nie dało rozegrać.

Wprawdzie jestem realistą i wiem, że takie sytuacje będą się powtarzać, chciałbym jednak by dochodziło do nich jak najrzadziej. W związku z tym w poniedziałek spróbuję opublikować konkretny, poradnikowy wpis o tym jak podpisywać umowę z firmą nagraniową. Specjalnie dla tych, którzy nie czytali książki. W sierpniu natomiast spróbuję zaproponować wpis o tym czy i kiedy wydawanie płyty w tradycyjny sposób ma sens. W przypadku zespołu Skowyt byłoby chyba dużo lepiej gdyby od razu wrzucono płytę na torrent?

sobota, 14 lipca 2012
Ile środków dla twórców mogą zebrać organizacje zbiorowego zarządzania?

Wracam do tematu organizacji zbiorowego zarządzania i środków ściąganych przez nie od lokali handlowo-usługowych odtwarzających publicznie nagrania. Pisałem o tym kiedyś tutaj, osoby niezorientowane czym zajmują się organizacje zbiorowego zarządzania powinny przeczytać też ten wpis.

Kilka miesięcy temu w Gazecie Wyborczej ukazał się tekst pt. "To nie fani, ale fryzjerzy będą utrzymywać Feel?". Czytamy w nim m.in., że:

"Jeżeli ZPAV-owi, ZAiKS-owi i STOART-owi uda się skłonić do płacenia drugą połowę działających w Polsce firm, to może się okazać, że polski przemysł muzyczny będzie zarabiał na fryzjerach, kawiarniach, klubach fitness, hotelach i drobnych sklepikach prawie tyle samo, co na sprzedaży płyt i plików MP3. Według wstępnych i ogólnych szacunków organizacji zbiorowego zarządzania wartość polskiego rynku muzycznego kształtowała się w 2011 r. na poziomie 250 mln zł. - Uzbierane przez nas 107,5 mln zł z publicznego odtwarzania stanowią czysty zysk, który po potrąceniu naszych prowizji w wysokości 20-25 proc. trafia do kieszeni uprawnionych podmiotów - zaznacza Pluta.

 W rzeczywistości z tantiem pochodzi jeszcze większa kwota, bo dane opublikowane przez ZPAV dotyczą tylko placówek handlowo-usługowych i nie uwzględniają wpływów od mediów, czyli rozgłośni radiowych, stacji telewizyjnych, sieci kablowych itp. Jeśli dołożymy do tego przychody z koncertów, stanie się jasne, że sprzedaż płyt jest coraz mniej istotnym źródłem zarobków również dla polskich muzyków." (Źródło: Vadim Makarenko, To nie fani, ale fryzjerzy będą utrzymywać Feel? wyborcza.biz, 18.04.2012).

Zwróćmy uwagę na fragment mówiący, że "wartość polskiego rynku muzycznego kształtowała się w 2011 r. na poziomie 250 mln zł.". Pewnie jest to skrót dziennikarski i chodzi nie o faktyczną wartość rynku muzycznego  (ta obejmowałaby także przychody ze sprzedaży nagrań i występów na żywo) ale o kwotę, którą organizacje zbiorowego zarządzania mogłyby zebrać w 2011 r., gdyby wszyscy zobowiązani do płacenia zechcieliby zapłacić. A zatem "uzbierane przez nas [organizacje zbiorowego zarządzania] 107,5 mln zł " to niemal połowa tego co było do zebrania. Wynik jest niezły i jest już z czego dzielić środki pomiędzy uprawnione podmioty (twórców). Warto podkreślić, że "dane opublikowane przez ZPAV dotyczą tylko placówek handlowo-usługowych i nie uwzględniają wpływów od mediów", a te są znaczne. Jeszcze ważniejszym jest jednak to, że kwota ta nie obejmuje przychodów ze sprzedaży nagrań. Te stanowiły w 2011 r. ok. 375 milionów zł (wg danych RIAJ, s. 24 raportu). Zatem faktyczny rynek muzyczny jest istotnie większy niż wspomniane 250 mln. zł.

Warto też zwrócić uwagę na adekwatność tytułu notki na wyborcza.biz. Rozkład przychodów z tytułu odtwarzania i nadawania w istocie zdaje się wskazywać na to, że na skutecznej pracy organizacji zbiorowego zarządzania najwięcej korzysta wąska grupa najpopularniejszych artystów (oczywiście tytułowy Feel pełni tu rolę symboliczną). Nie inaczej było zresztą w tradycyjnym modelu fonografii - m.in. tzw. efekt supergwiazd powodował, że na sprzedaży płyt znaczne środki zarabiało jedynie stosunkowo wąskie grono artystów.

W przypadku publicznego odtwarzania i nadawania taki rozkład przychodów opisał w artykule opublikowanym w 2005 r. Martin Kretschmer (tekst pt. Artists’ earnings and copyright: A review of British and German music industry data in the context of digital technologies opublikowany w First Monday, Volume 10, Number 1).

Pisze on m.in., że spośród 15500 brytyjskich twórców tekstów i kompozytorów zarejestrowanych w lokalnej organizacji zbiorowego zarządzania, 1438 otrzymało z tytułu publicznego odtwarzania i nadawania tantiemy w wysokości ponad £2500, a 10 osób otrzymało więcej niż £100 000.

Środki wypłacone twórom przez brytyjską organizację zbiorowego zarządzania PRS for Music (dawniej the Performing Right Society) w 1994 r.
10 osób osiągnęło przychody większe niż £100 000
204 osoby osiągnęły przychody większe niż £20 000
459 osób osiągnęło przychody większe niż £10 000
848 osób osiągnęło przychody większe niż £5 000
8237 osób osiągnęło przychody poniżej £100

Źródło: Martin Kretschmer, Artists’ earnings and copyright: A review of British and German music industry data in the context of digital technologies, First Monday, Volume 10, Number 1.

W latach 1998-2000 zebrano więcej środków i podzielono je między większą liczbę artystów, co pokazuje poniższa tabela.

Środki wypłacone twórom przez brytyjską organizację zbiorowego zarządzania PRS for Music (the Performing Right Society) w latach 1998-2000 
200 osób osiągnęło przychody większe niż £100 000
700 osób osiągnęło przychody większe niż £25 000
1500 osób osiągnęło przychody większe niż £10 000
2300 osób osiągnęło przychody większe niż £5000
16 000 osób osiągnęło przychody poniżej £100

Źródło: Martin Kretschmer, Artists’ earnings and copyright: A review of British and German music industry data in the context of digital technologies, First Monday, Volume 10, Number 1.

A zatem - jak pokazuje porównanie danych ukazanych w tabelach - skuteczne zbieranie środków ma znaczenie - najwieksze dla najpopularniejszych, a stosunkowo niewielkie dla większości mniej popularnych artystów. Oczywiście nie są to najświeższe dane, dają jednak pewien pogląd na temat rozkładu przychodów. Taki rozkład przychodów można wytłumaczyć na dwa sposoby. Po pierwsze, skoro znaczna część środków pochodzi od punktów usługowo-handlowych, które zamiast nadawać nagrania niszowych artystów po prostu odtwarzają klientom muzykę ze stacji radiowych (zob. tutaj) lub odtwarzają składanki hitów, wówczas rozkład przychodów odzwierciedla repertuar stacji radiowych i układ list przebojów. Po drugie, istotne jest też to jak są dzielone środki. A to czy algorytm podziału faworyzuje najpopularniejszych twórców to już temat na inny wpis.

poniedziałek, 02 lipca 2012
Tekst o netlabelach w czasopiśmie First Monday

Jak nieraz pisałem na blogu, od 2008 r. prowadzę badania nad wirtualnymi wytwórniami muzycznymi (netlabelami). W ciągu ostatnich kilku lat nie było to niestety moje jedyne zajęcie, ani nawet jedyny podejmowany przeze mnie temat badawczy. Po części z tego powodu, po części natomiast z racji niezwykle przeciągających się w czasie recenzji w czasopismach naukowych, dopiero teraz mogę ogłosić pierwszy publikacyjny owoc tych badań (będą następne). 

Tekst pod tytułem Netlabels and democratization of the recording industry ukazał się dzisiaj w czasopiśmie First Monday. Z naukowego punktu widzenia czasopismo jest bardzo przyzwoite (indeks H=26), choć zebrałem tyle materiału empirycznego, że na pewno postaram się umieścić kolejny tekst o netlabelach w jeszcze wyżej ocenianym żurnalu. First Monday wybrałem dlatego, że - poza wysokim poziomem merytorycznym - jest czasopismem o otwartym dostępie (tzw. open access). Dzięki temu z wynikami badań może zapoznać się cała społeczność netaudio, a nie tylko ci, którzy mają dostęp do uniwersyteckich baz danych. Mam poczucie, że moi respondenci podzielili się ze mną wartościowymi informacjami, dlatego powinienem zrewanżować się im publikacją, do której dostęp jest łatwy i darmowy. A darmowy dostęp nie jest niestety normą w przypadku publikacji naukowych. O First Monday można poczytać też na Wikipedii (aczkolwiek nie wierzcie w to co piszą o recenzjach w 30-60 dni).

A sam tekst? Po polsku o netlabelach piszę na blogu regularnie, więc wystarczy zerknąć na wcześniejsze wpisy. Tych, którzy są nieco bardziej zainteresowani teoretyczną stroną badań - zapraszam do lektury oryginału.

piątek, 15 czerwca 2012
Payola w radiu

W najnowszym numerze Virginia Sports and Entertainment Law Journal ukazał się mój artykuł pt. "Undisclosed Payments to Promote Records on the Radio: An Economic Analysis of Anti-Payola Legislation". Poświęcony jest on ekonomicznej analizie zjawiska określanego w języku angielskim słowem "payola" lub terminem "pay-for-play", dosłownie "płać-za-nadawanie".

Payola jest praktyką polegają na płaceniu przez wytwórnię muzyczną pracownikom lub dyrektorom programowym stacji radiowych w zamian za nadanie utworu na antenie. Chodzi o to by dzięki przekazaniu pewnej kwoty pieniężnej lub innej wartościowej rzeczy osoba decydująca o repertuarze radiowym dodała promowany przez wytwórnię utwór do playlisty. Celowo unikam słowa "łapówka", czemu – wyjaśniam poniżej.

Zwyczaj ten rozwinął się w USA w latach 50. XX w. Payola stała się w USA tak popularna, że w późnych latach 50. XX w. zainteresował się nią Kongres USA (szczegółowo opisuję to w tekście). Doprowadziło to do przyjęcia w 1960 r. przepisów zakazujących przyjmowania przez pracowników stacji radiowych nieujawnianych korzyści materialnych od firm fonograficznych w zamian za nadawanie utworów na antenie radiowej. Precyzyjniej: stacja radiowa, której pracownik przyjął pieniądze lub korzyść niematerialną od wytwórni muzycznej została zobowiązana do ogłoszenia tego na antenie (np. przed emisją utworu w formie komunikatu "...ten utwór wysłuchali Państwo dzięki firmie x"). Jeśli fakt przekazania pieniędzy ogłaszano każdorazowo podczas emisji utworu, wówczas przyjęcie payoli było zgodne z prawem.

Sensowność przepisów wprowadzonych przez Kongres USA w 1960 r. jest od dłuższego czasu przedmiotem sporu pomiędzy prawnikami a ekonomistami. Część prawników amerykańskich uważa payolę za formę łapówki, która demoralizuje branżę radiową i fonograficzną, wobec czego powinna być zakazana. Ten tok rozumowania w 1960 r. przekonał amerykańskich ustawodawców. Zajmujący się tym problemem ekonomiści (m.in. noblista Ronald Coase) krytykują jednak sensowność tych przepisów. Uważają oni, że payola jest uzasadnioną ekonomicznie formą opłaty za reklamowanie produktu jakim jest nagranie. Skoro producenci innych dóbr mogą reklamować swoje produkty na antenie radiowej, powinny móc to czynić również firmy fonograficzne. Zdaniem ekonomistów payola jest najefektywniejszą formą płacenia za obecność nagrań na antenie czyli usługę, która ma dla firm fonograficznych dużą wartość.

Co ciekawe, zdaniem Coase'a legalizacja payoli paradoksalnie mogłaby doprowadzić do tego, że w stacjach radiowych pojawiałoby się mniej reklam. Doszłoby do tego wtedy, gdy pieniądze przekazywane przez wytwórnie muzyczne w zamian za umieszczenie ich nagrań na antenie byłyby większe niż środki jakie można uzyskać za sprzedaż czasu antenowego reklamodawcom. Teoretycznie jest to możliwe, oczywiście pod warunkiem zachodzenia związku pomiędzy obecnością muzyki na antenie radiowej a wzrostem popytu na nagrania. Związek taki na pewno zachodził w drugiej połowie XX w.

Zapewne obie strony - prawnicy i ekonomiści - mają częściowo rację w tym sporze (więcej na ten temat w tekście). Warto jednak zwrócić uwagę na to, że zakaz wprowadzony w USA w roku 1960 nie przyniósł oczekiwanych efektów. Zjawisko zdobywania przychylności pracowników stacji radiowych za pomocą pieniężnych i niepieniężnych zachęt było powszechne w późniejszych dekadach, o czym świadczą wybuchające co jakiś czas w USA „wojny z payolą” (ostatnia w 2005 r.).

Z payolą trudno jest walczyć m.in. dlatego, że niełatwo określić jest granicę pomiędzy tym jaki "upominek" wytwórnia muzyczna może przekazać pracownikom stacji radiowej w ramach normalnych praktyk promocyjnych, a jaki stanowi już naruszenie prawa. Przekazanie promocyjnych egzemplarzy płyt, z których nadawane będą nagrania na pewno jest w USA dozwolone. Zaproszenie pracowników stacji radiowej na koncert artysty też. Ale co jeśli koncert ten odbywa się na drugim końcu globu? A towarzyszy mu nocleg w pięciogwiazdkowym hotelu i wytworna kolacja na koszt wytwórni? Dzisiejsza payola nie przypomina już studolarówek wręczanych w kopertach didżejom radiowym w latach 60. XX w., ma inną, bardziej wyrafinowaną formę.

Na koniec warto zapytać jak wyglądają kontakty na linii branża fonograficzna - stacje radiowe w Polsce...?

wtorek, 05 czerwca 2012
Serwis Niagaro został zamknięty (nawet nie wiem kiedy)

Równo dwa lata temu pisałem, że Eurozet otworzyło serwis streamingowy Niagaro.pl. Wygląda na to, że już go nie ma. Po wejściu na stronę pojawia się taki komentarz:

niagaro zamknięty

Wchodzili na rynek z dużymi nadziejami, serwis zamknęli po cichu - nawet nie wiem kiedy się to stało. Powodów zamknięcia można się domyślać - nie osiągnięto celów biznesowych. Przyczyny porażki wymagają głębszej analizy, o którą się nie pokuszę w związku z tym, że serwisu nie używałem. Jeśli jednak zostali z tym z czym zaczęli - katalogiem liczącym 2 miliony utworów - wówczas przyczyny porażki stają się bardziej zrozumiałe.

Ciekawe kto będzie następny - doczekamy się Spotify czy wcześniej spróbuje wziąć się za streaming jakiś lokalny biznes? Warto dodać, że Deezer spokojnie sobie u nas działa - w kategorii "legalny streaming dostępny w Polsce" chyba nic nie może się z nim równać...?

poniedziałek, 28 maja 2012
Konferencja "Rozsupłać sieć"

30 maja - w najbliższą środę - w Warszawie odbędzie się konferencja "Rozsupłać sieć. Jak promować, dystrybuować i udostępniać muzykę w środowisku cyfrowym - przyszłość i teraźniejszość". Konferencja organizowana jest przez Instytut Muzyki i Tańca oraz Związek Producentów Audio Video.

Ponoć nie ma już miejsc, ale zainteresowani będą mogli obejrzeć transmisję on-line. Będzie ona dokonywana na stronie internetowej IMIT, a po zakończeniu konferencji materiały zostaną udostępnione na kanale YouTube IMITpolska. Program konferencji można znaleźć tutaj. Będę prowadził jeden z paneli, postaram się by było ciekawie. Zapraszam!

niedziela, 13 maja 2012
Peter Gabriel o przemyśle muzycznym

Wczoraj na wyborcza.pl ukazał się wywiad z Peterem Gabrielem. Gabriel, dawny wokalista zespołu Genesis, obecnie jest czynnym muzykiem oraz osobą zaangażowaną w prowadzenie biznesu muzycznego. Do projektów realizowanych przez Gabriela-przedsiębiorcę należy m.in. serwis We7, o którym pisałem jeszcze w 2008 r.

We wspomnianym wywiadzie Gabriel wypowiedział kilka ciekawych zdań, które warto przytoczyć:

"- Przemysł muzyczny zaczyna przypominać trupa, z którego wypełza na świat mnóstwo interesujących stworzeń.

Z jednej strony fantastyczne jest to, że teraz można znaleźć w internecie wszystko, czego dusza zapragnie. I to w dowolnym momencie. Z punktu widzenia muzyków nie wygląda to już jednak tak wspaniale. Zyski ze sprzedaży płyt ciągle spadają, z nielicznymi wyjątkami takimi jak Black Eyed Peas czy Beyonce. W naszej wytwórni wydającej world music mamy artystów, dla których sprzedaż płyt stanowiła kiedyś 60 procent dochodów, teraz jest to mniej więcej 10 procent. Uznani artyści, tacy jak ja, dadzą sobie radę - możemy zarabiać choćby na koncertach.

Ale współpracuję też z mniej znanymi, młodszymi artystami - im czasami jest trudno się utrzymać, pozostać profesjonalnymi muzykami. Niestety, wracamy do starych czasów, kiedy firmy płytowe tak konstruowały kontrakty, że artyści zupełnie nic na nich nie zarabiali. Nasz serwis WE7 za każde odsłuchanie piosenki płacił artystom jakieś sto razy więcej niż konkurencyjny Spotify. Tylko że w takiej sytuacji bardzo trudno jest utrzymać się internetowym biznesie." (Źródło: Darek Maciborek, Gabriel dla "Gazety": Kreatywni muszą przetrwaćwyborcza.pl z dnia 2012-05-11).

Zaiste ciekawe ile We7 płacił artystom za każde odsłuchanie piosenki zanim zorientował się, że można, tak jak Spotify, płacić mniej. Istotniejsze w słowach Gabriela jest jednak - moim zdaniem - co innego. Może nie tyle w jego słowach, ale w tym jak należy je interpretować. Wpisują się one bowiem w trwającą od pewnego czasu w polskich mediach dyskusję o zmierzchu pracy na etat, tzw. umowach śmieciowych oraz problemach jakie pojawiają się na rynku pracy (zob. np. tutaj).

Być może bowiem pomiędzy rynkiem muzycznym a rynkiem pracy zachodzi pewna analogia. Kiedyś artyści mieli stosunkowo bezpieczne (o ile cokolwiek w branży nagraniowej można nazwać "bezpiecznym") kontrakty z wytwórniami, które przy talencie i ciężkiej pracy dawały szanse na zrobienie kariery. Teraz kontrakt coraz trudniej dostać, a o słuchaczy trzeba konkurować z utalentowanymi artystami z całego świata. Do tego stawki płacone przez nowe media (np. Spotify, o którym wspomina Gabriel) są niejednokrotnie bardzo niskie. Niby jest więcej opcji, ale nie każdy umie z nich skorzystać, a nawet jeśli umie to nie oznacza to automatycznego sukcesu. Rynek pracy dla muzyków może być więc w pewnym sensie miniaturą całego rynku pracy - etat (kontrakt) coraz trudniej dostać, można próbować założyć własną firmę (w przypadku artystów np. samemu wydawać swoje nagrania), ale nie każdy się w tym odnajduje; nieraz trzeba pracować poniżej kwalifikacji (w przypadku artystów np. grać "do kotleta"). Może to zbyt daleko idące porównanie, ale taki jest wydźwięk wspomnianej powyżej dyskusji.

czwartek, 10 maja 2012
Cool Kids of Death zbierają środki na wydanie płyty na MegaTotal

Sam tytuł wpisu mówi wszystko - dziś CKOD zaczęli na MegaTotal.pl zbierać środki na wydanie dwóch winyli z remiksami swoich wcześniejszych nagrań. Więcej o projekcie można przeczytać tutaj.

Sam projekt muzyczny nie interesuje mnie tak bardzo jak przebieg zbiórki. Z tego co mi wiadomo jest to bowiem pierwszy zespół, który rozpoczynając zbiórkę na MegaTotal ma już ugruntowaną pozycję rynkową. Owszem, wcześniej był Marek Sośnicki z Tamerlane, ale pod względem potencjalnego zainteresowania mediów projekt CKOD wygląda bardziej obiecująco.

Jest to zatem szansa na przetestowanie prawdziwej siły społeczności skupionej wokół MegaTotal. Jeśli środki uda się zebrać szybko, może to stanowić zachętę do korzystania z MegaTotal dla kolejnych znanych artystów. Wprawdzie mówimy o sporej kwocie - 20 tysięcy PLN, jednak póki co zbiórka idzie szybko. Projekt wystartował kilka godzin temu a już zebrano 2%. Przebieg zbiórki można obserwować tutaj.

czwartek, 19 kwietnia 2012
O netlabelach i crowdfundingu na spotkaniu i konferencji

Jutro i pojutrze wezmę udział w dwóch wydarzeniach naukowych w Warszawie. Sądzę, że oba warto jest polecić.

Pierwsze to spotkanie warszawskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Socjologicznego pod hasłem "Muzyka w relacjach społecznych". Wklejam fragment notki prasowej:

"Oddział Warszawski Polskiego Towarzystwa Socjologicznego zaprasza na spotkanie zatytułowane „Muzyka w relacjach społecznych”.
 
Muzyka jest wszędzie – na ulicy, w restauracji, w sklepie czy u fryzjera. Jej wszechobecność w codziennym życiu sprawia, że często nie zdajemy sobie sprawy, jaki wpływ muzyka może mieć na nasze zachowanie czy samopoczucie. Warto więc zadać sobie pytania: na ile muzyka może być aktywny elementem życia społecznego? Na czym polega „moc” muzyki i w jakich sytuacjach się manifestuje? W jakim stopniu rozwój nowych mediów (w szczególności Internetu) wpływa na zmiany w obrębie relacji społecznych i praktyk związanych z muzyką?
 
Wystąpią:
prof. Wojciech J. Burszta (IKiK SWPS)
dr Patryk Gałuszka (IE UŁ)
dr Tomasz Nowak (IM UW)
 
Piątek, 20 kwietnia, godzina 17:00, Pałac Staszica (Nowy Świat 72), sala 242."

Wydarzenie można też śledzić na Fejsbuku. Na spotkaniu krótko zaprezentuję moje badania sceny netaudio i wezmę udział w dyskusji.

Z kolei w sobotę ok. godz. 13.00 zaprezentuję ze współautorem referat na konferencji 3rd Polish Law & Economics Conference. Konferencja organizowana jest przez Uniwersytet Warszawski oraz Polskie Stowarzyszenie Ekonomicznej Analizy Prawa – PSEAP. Strona stowarzyszenia tak zaprasza na wydarzenie:

"Konferencja ma na celu podsumowanie aktualnych dokonań w dziedzinie ekonomicznej analizy prawa oraz stworzenie impulsu do dalszych badań w tym zakresie. Stanowi ponadto okazję do wymiany myśli i doświadczeń wśród przedstawicieli nauki, prawników i ekonomistów, zajmujących się tematyką Law & Economics w Polsce.
Wykład gościnny przedstawi Prof. Thomas Ulen z University of Illinois at Urbana Champaign, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli ekonomicznej analizy prawa na świecie.
Konferencja odbędzie się w dniach 20-21.04.2012 na Uniwersytecie Warszawskim. Językiem konferencji jest angielski."

Dłuższą notkę prasową (po angielsku) można znaleźć tutaj. Konferencja zapowiada się bardzo ciekawie, polecam zerknięcie na cały program.

Oba wydarzenia odbędą się w Warszawie. Polecam, szczególnie tym, którzy mają blisko.

wtorek, 10 kwietnia 2012
Torn Flesh Records - netlabel z ciężką muzyką

Netlabele zajmują się głównie wszelkimi odmianami elektroniki. Tak przynajmniej twierdzili respondenci w badaniu, które przeprowadziłem w 2008 r. Nie wiem na ile to stwierdzenie jest prawdziwe dzisiaj. Co jakiś czas znajduję jednak netlabele, które przeczą temu stwierdzeniu. Co ciekawe, część z nich została założona po 2008, a więc po moim badaniu.

Przykładem takiego netlabela jest Torn Flesh Records, który zajmuje się takimi gatunkami jak Grind, Death, Metal, Industrial, Experimental/Electronic, Extreme Rock (Punk, Psychobilly, Glitch, Breakcore, Doom, Dark Ambient, Noise, etc.). Wprawdzie mają w swoim katalogu także elektronikę, ale nacisk położony jest przede wszystkim na ciężkie granie. Mnie osobiście interesuje z tego jedynie Punk i Psychobilly, więc nie jestem w stanie ocenić jakości nagrań w ich katalogu. Z interesujących rewirów geograficznych (Węgry) znalazłem np. taki wynalazek.

Co ciekawe, netlabel nie ma swojej własnej strony internetowej, jedynie profile w serwisach społecznościowych:

A klimat całości oddaje ich logo.

Torn Flesh Records

piątek, 06 kwietnia 2012
Wyszukiwanie darmowych nagrań na Free Music Archive

Free Music Archive to ciekawa propozycja dla tych, którzy szukają darmowej, legalnej muzyki, a znudzili się Archive.org, Clongclongmoo , Phlow Magazine czy Sonicsquirrel.net. Jak podaje ta notka, serwis wprowadził funkcję wyszukiwania "artystów podobnych do...", co znacząco powinno ułatwić orientowanie się w masie darmowej muzyki.

Dajmy na to, że podoba się Wam serbski zespół Ljudske Potrebe. Wchodzicie na ich profil, klikacie "Similar Artists on the FMA" i już wyskakują Nafta, Pionir 10 i zastranienie. Sami oceńcie czy mechanizm rekomendacji dobrze działa.

Oczywiście na Free Music Archive jest cała masa nagrań, które można wyszukiwać na inne sposoby. Np. przeglądając listę artystów lub wyszukując według gatunku. W tym drugim przypadku korzystać można z przystępnego menu, którego skrin poniżej. Wszystko do pobrania legalnie i za darmo.

Free Music Archive

czwartek, 29 marca 2012
Muzyka afrykańska w serwisie Africa Unsigned

Africa Unsigned to platforma finansowania społecznościowego pomagająca zadebiutować na globalnym rynku muzycznym artystom z Afryki. Muzycznie serwis spodoba się osobom zainteresowanym brzmieniami z tej części świata. Nagrań można odsłuchać z poziomu strony internetowej (player u góry strony). Posłuchałem pobieżnie kilku rzeczy i muszę przyznać, że niektóre zaskakują świeżością, szczególnie jeśli jest się trochę znudzonym naszą lokalną muzyką pop. Na początek polecam np. utwór "Ngihawukele (ancestoral calling)" zespołu BCUC - ponad 15 minut przyjemnie kołyszącego grania. Ciekawe o czym śpiewają.

Od strony ekonomicznej Africa Unsigned to typowy serwis finansowania społecznościowego (crowdfunding). Pomysł polega na wykorzystaniu wpłat wnoszonych przez internautów do sfinansowania nagrania płyty, wsparcia organizacji trasy koncertowej itp. Na przykład wspomniany zespół BCUC zebrał 2500 dolarów, za które nagrał płytkę EP oraz pozyskał nowego partnera biznesowego.

Tym co wyróżnia Africa Unsigned jest ograniczenie dostępu artystom, którzy chcą zabiegać o wsparcie finansowe internautów. Aby móc zacząć zbierać pieniądze trzeba przejść proces selekcji lub zostać zaproszonym do serwisu. Pomysł jest o tyle dobry, że pozwala skupić uwagę internautów na kilkunastu projektach o przyzwoitej jakości, dzięki czemu wpłaty nie rozdrabniają się za bardzo. 

W przeciwieństwie do części serwisów crowdfundingowych (np. MegaTotal.plAfrica Unsigned nie wynagradza finansowo internautów wspierających projekty. Oferuje im jednak zachęty niefinansowe, np. dostęp do dodatkowych materiałów o artystach.

Warto przy tym wspomnieć, że platforma Africa Unsigned ma siedzibę w Holandii, gdzie zainteresowanie dźwiękami z Południa jest większe niż u nas. Holandia nie jest również przypadkiem z innego powodu. Ponoć osoby zaangażowane w uruchomienie platformy były związane z Sellaband, zanim przeniosła ona siedzibę do Niemiec. Wziąwszy pod uwagę doświadczenie założycieli i znalezienie ciekawej niszy, serwis może czekać ciekawa przyszłość. Ponieważ jednak nie jest to organizacja non-profit, Africa Unsigned musi znaleźć sensowny model biznesowy, a z tym bywa ciężko. Czas pokaże co im z tego wyjdzie.

wtorek, 20 marca 2012
Dobro i Piękno - akcja artystyczna w Łodzi

Tym razem nie o muzyce, ale o zaprzyjaźnionym projekcie artystycznym, który pomagam wypromować. Wszyscy zainteresowani są serdecznie zaproszeni do Baru Anna (Łódź, ul. Tuwima 1) w środę 21.03.2012 r. o godzinie 19.00 na uroczyste otwarcie. Poniżej plakat i notka prasowa. Polecam!

Dobro i Piękno 3

Dobro i Piękno w Śródmieściu

21 marca w pierwszy dzień kalendarzowej wiosny przestrzeń Śródmieścia zmieni swoje oblicze na bardziej pogodne, przyjazne i zaskakujące. Niecodzienny charakter zyskają lokale pozostające dotąd na uboczu miejskiego nurtu, niezauważalne, a z drugiej strony wyjątkowe.
Wszystko to za sprawą grupy ponad dwudziestu młodych łódzkich artystów zafascynowanych starymi lokalami "z duszą" i realizowanego przez nich projektu site-specific pod tytułem Dobro i Piękno.

Dobro i Piękno to zbiór różnorodnych prac zainspirowanych konkretną przestrzenią i w niej umieszczonych. Ta przestrzeń to małe, z zewnątrz niepozorne lokale znajdujące się przy ul. Piotrkowskiej lub w jej pobliżu, takie jak zakład szewski, fryzjer, bar piwny czy pierogarnia.
Każde z nich ma swoją historię, często przedwojenną, niepowtarzalny wystrój i atmosferę – coś z uroku dawnej, przemijającej Łodzi. Ich właściciele kontynuują działalność swoich rodziców i dziadków. Niektórzy z nich wykonują zawody należące do zanikających.

Artyści biorący udział w projekcie wykonali prace malarskie, obiekty i instalacje odnoszące się do zastanej przestrzeni na wielu płaszczyznach. W dzień wernisażu zostaną również przeprowadzone akcje z udziałem publiczności. Tytuł "Dobro i Piękno" towarzyszy wszystkim realizacjom jako swego rodzaju slogan zaczerpnięty z popkultury, zwrot, który obecnie nie funkcjonuje w dyskursie artystycznym

Jednocześnie tytuł ma sugerować, że nie wszystko w sztuce współczesnej musi być przygnębiające, smutne lub tak abstrakcyjne, że zupełnie niezrozumiałe dla przeciętnego odbiorcy. Projekt ma docierać do osób, które niekoniecznie wybrałyby się do galerii sztuki oraz do bywalców lokali usługowych i wszystkich wrażliwych na Dobro i Piękno mieszkańców Łodzi.

Miejsca, w których będzie można zobaczyć prace artystów to: pierogarnia Teremok przy ul. Piramowicza 10, Bar Anna ul. Tuwima 1, Stara drogeria przy ul. A.Struga 11, dwa zakłady szewskie przy Piotrkowskiej 91 i Piotrkowskiej 78 oraz fryzjer przy ul. Sienkiewicza 39.

Obiekty zainspirowane lokalami będzie można podziwiać przynajmniej przez miesiąc od dnia wernisażu, który będzie miał miejsce 21 marca o godzinie 19 w „Barze Anna", ulica Tuwima 1. Niektóre z nich być może zostaną na dłużej, wpisując się w wystrój danego miejsca, tworząc nowy zaskakujący kontekst. Tak było podczas dwóch poprzednich edycji projektu, które odbyły się w 2009 i 2010 roku.

strona projektu: http://dobroipiekno.blogspot.com

czwartek, 08 marca 2012
Talent.pl - mecenat społecznościowy

Na stronie talent.pl czytamy, że "Talent.pl jest największym w Polsce serwisem społecznościowym dla Artystów, entuzjastów i mecenasów sztuki". Brzmi obiecująco, choć trochę wygląda na kategorię utworzoną specjalnie na potrzeby bycia "naj". Ot takie hasło reklamowe - stwórz wąską kategorię, a będziesz jedyny lub największy. Serwisowi na pewno jednak warto się przyjrzeć.

Logo wygląda tak:

logo talent.pl(Źródło: talent.pl)

Funkcjonowanie serwisu sprowadza się do pośrednictwa pomiędzy artystami a mecenasami (tzn. nie prawnikami a sponsorami). W materiałach prasowych czytamy:

"W talent.pl każdy internauta portalu ma prawo do zostania Mecenasem jednej lub więcej prezentacji w formie wpłaty gotówkowej minimum 10 (dziesięć) zł. Właściciel prezentacji otrzymuje 50% procent netto powyższej wpłaty na swoje konto. Kwota ta zostanie mu wypłacona, gdy na jego koncie będzie przynajmniej 100 zł." (Źródło: talent.pl)

Innymi słowy talent.pl zapewnia artystom miejsce do prezentowania swojej twórczości oraz umożliwia im poszukiwanie sponsorów. Jeśli sponsorzy się znajdą, wówczas artyści otrzymują 50% od wpłat sponsorów. Podczas pobieżnej lektury regulaminu nie znalazłem informacji o tym co dzieje się z pozostałymi 50% wpłaconymi przez darczyńców, ale domniemuję, że pokrywają one koszty działalności serwisu, podatki oraz stanowią zysk talent.pl. Ponadto talent.pl zarabia też na oferowaniu usług dodatkowych w ramach "złotego konta". W regulaminie czytamy:

"2.15. Konto Złote

- za 1 miesiąc: płatne smsem/przelewem/kartą – 2,46,- zł brutto,
- za 6 miesięcy: płatne smsem/przelewem/kartą – 11,07,- zł brutto,
- za 12 miesięcy płatne smsem/przelewem/kartą – 23,37,- zł brutto.

Oferuje usługi zawarte w Koncie Srebrnym, oraz dodatkowo umożliwia: bezpłatnie wyróżniać swoje prezentacje na głównej stronie portalu w sekcji "Konta Złote" przez 15 dni od momentu ich umieszczenia, cotygodniowe umieszczenie 4 losowo wybranych linków do swoich prezentacji w cotygodniowym newsletterze talent.pl, możliwość ukrywania wszystkich wpłaconych pieniędzy w ramach mecenatu wielu prezentacji, oraz podejmowanie decyzji o udziale (bądź nie) w rankingach." (Źródło: talent.pl)

Sponsorom serwis stwarza natomiast miejsce do prezentacji swojej marki:

"W talent.pl każda prezentacja może mieć dowolną liczbę Mecenasów i wpłat, przy czym Mecenas, który na daną prezentację w sumie wpłacił najwięcej jest zawsze prezentowany obok prezentacji (umieszczone są jego dane). Jeśli jego łączna wpłata na daną prezentację stanowić będzie minimum 10.000 zł, zawsze przed jej obejrzeniem przez innych internautów będzie trzysekundowy film, którego treść ustala on sam przez okres 7 dni od daty wpłynięcia pieniędzy na konto portalu."  (Źródło: talent.pl)

W regulaminie znajdziemy coś co może zaniepokoić artystów:

"7.2. Autor przenosi na NETALL sp. z o.o. [Przejmujący] pełne autorskie prawa majątkowe do Dzieła, bez ograniczenia co do terytorium, czasu i ilości egzemplarzy na wszelkich dostępnych polach eksploatacji w dniu zaakceptowania niniejszego Regulaminu, a przejście tych praw autorskich i pokrewnych następuje z chwilą umieszczenia Dzieła na Talent.pl nieodpłatnie, przy czym Autor jest uprawniony do otrzymywania od NETALL sp. z o.o., jako właściciela i prowadzącą Talent.pl, nie częściej niż jeden raz w miesiącu kwotę stanowiąca 50% (pięćdziesiąt procent) netto z kwot przekazywanych do Talent.pl przez Mecenasów Dzieła i gdy należna kwota będzie równa albo przekroczy 100,- zł. (sto złotych).

7.2.1. Przejmujący ma prawo dalszej odprzedaży dzieła w zakresie nabytych autorskich praw majątkowych bez zgody Autora oraz zastrzega sobie prawo do wykorzystania Dzieła na polach eksploatacji nieprzewidzianych w niniejszym Regulaminie.

(...)

7.3.W wypadku, w którym Przejmujący przyczynił się bezpośrednio do sukcesu Autora (pozyskanie promotora, sponsora, angażu i w każdej innej formie w ramach i w związku z prezentacją Dzieła w Portalu Talent.pl, itp.), Autor zobowiązuje się – przy każdej okazji związanej z rozwojem jego kariery – do publicznego informowania o swojej prezentacji na Portalu Talent.pl z wymieniem nazwy Portalu przez okres dwóch lat od zaistnienia takiej okoliczności." (Źródło: talent.pl)

W ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych (tekst jednolity z 2006 r.) znajdziemy artykuł 53., który mówi, że "Umowa o przeniesienie autorskich praw majątkowych wymaga zachowania formy pisemnej pod rygorem nieważności." Jak się to ma do regulaminu - to już pytanie do prawników. Jeśli jednak regulamin nie może stanowić o przeniesieniu majątkowych praw autorskich - powstaje pytanie po co taki zapis w nim zamieszczono?

Abstrahując od powyższych uwag - dobrze, że powstają serwisy tego typu. Chętnie zobaczę pierwszych artystów, którym uda się coś osiągnąć dzięki pozyskanemu w ten sposób wsparciu. Czas pokaże czy talent.pl zaistnieje na dłużej na rynku. Niewątpliwie twórcom udało się uzyskać mocne wsparcie instytucjonalne - MEN i TVP robią wrażenie.

poniedziałek, 13 lutego 2012
Rynek muzyki cyfrowej w latach 2004-2011

IFPI - organizacja reprezentująca interesy branży fonograficznej - jak co roku opublikowała raport dotyczący rozwoju rynku fonograficznego w internecie. Poza typową dawką antypirackiej propagandy raport zawiera szereg wartych uwagi danych. Rok temu zebrałem je w formie tabelki, którą dzisiaj uzupełniam o nowe informacje.

Rok

2004

2005

2006

2007

2008

2009

2010

2011

Wartość przychodów ze sprzedaży formatów cyfrowych (w miliardach USD)

0,4

1,2

2,2

2,9

3,7

4,2

(zaktuali-zowane do 4,6)

4,6

(zaktuali-zowane do 4,8)

 5,2

Jaki procent rynku fonograficznego stanowi rynek muzyki cyfrowej

2%

5%

11%

15%

20%

27%

29%

32%

 Źródło: raporty "Digital Music Report", udostępnione przez IFPI.

Kilka słów wyjaśnienia. Przede wszystkim, dane podawane dziś przez IFPI nieco różnią się w porównaniu z danymi zaprezentowanymi rok temu (zob. rok 2009 i 2010). Nie doczytałem jeszcze raportu na tyle skrupulatnie by znaleźć przyczynę tej korekty. Intuicja ekonomisty podpowiada, że zmiana wynika z innego kursu dolara amerykańskiego do walut lokalnych - dane są zaprezentowane w USD, więc wszelkie zmiany kursów walut wpływają na zaprezentowane wartości.

Aby częściowo zweryfikować wpływ kursów walut warto więc spojrzeć również na dane zaprezentowane w trzecim wierszu powyższej tabeli. Pokazuje on  jaki odsetek przychodów osiąganych dziś przez branżę fonograficzną stanowią przychody ze sprzedaży muzyki w formatach cyfrowych (pliki, subskrypcje, telefonia). Jeśli tak spojrzeć na wspomniane dane widać, że od trzech lat wzrost jest wolniejszy, choć jest niezmiennie kontynuowany, co w czasach kryzysu można uznać za sukces. Ale tu rodzi się kolejna wątpliwość - jeśli wiersz trzeci pokazuje proporcje pomiędzy sprzedażą formatów cyfrowych i fizycznych, wówczas spadek sprzedaży formatów fizycznych siłą rzeczy poprawia proporcje na rzecz formatów cyfrowych, nawet jeśli sprzedaż tych ostatnich nie zmieniła się.

Reasumując, IFPI pokazuje nam dane, które trzeba jeszcze właściwie zinterpretować. Być może wówczas wydźwięk raportu, który obecnie jest utrzymany w tonie "jest dobrze, ale piraci wszystko utrudniają", będzie nieco inny. Postaram się podzielić się interpretacją, jak tylko zdobędę więcej danych.

czwartek, 09 lutego 2012
Książka - recenzje

Kiedyś na blogu wspomniałem, że moja książka została zauważona przez kilka serwisów internetowych. Dziś chciałbym tę listę uzupełnić o dwie nowe recenzje, za które autorom serdecznie dziękuję. Są to:

Fajnie, że książka funkcjonuje w obiegu wydawniczym, jest dostępna w bibliotekach itd. Szkoda, że trudno ją nabyć w tradycyjnych księgarniach, ale na to już nie mam wpływu. Przy okazji dodam, że pracuję już nad kolejną dużą publikacją, którą mam zamiar napisać po angielsku. Więcej szczegółów w przyszłości - na razie jeszcze bliżej nieokreślonej.

niedziela, 29 stycznia 2012
Phlow Magazine znowu nadaje (366 dni w roku)

Phlow Magazine - kiedyś najważniejszy anglojęzyczny magazyn poświęcony netaudio - wrócił z nowym projektem. Nosi on nazwę #366DaysOfMusic i opiera się na bardzo prostym pomyśle publikowania codziennie jednego utworu wydanego na licencjach Creative Commons. Całość można odsłuchać za pomocą plejlisty lub podcastu. Bardzo różne gatunki, przekrój dzwięków, które można spotkać na tej scenie.  Spodobało mi się np. to i to. Jest też kawałek z rodzimego Brennnessel.

Warto przy tym dodać, że podobne projekty realizuje np. Bad Panda Records, z tym że w ich przypadku nagrania są publikowane raz na miesiąc (w praktyce częściej). Zapewne setki innych labeli lub blogów działają z podobną regularnością, ale Phlow jest największy, więc trudno byłoby tego nie odnotować. W związku z ogromną podażą darmowej muzyki skupienie się na pojedynczych utworach chyba jest dobrym pomysłem, przecież i tak nie ma czasu na słuchanie wszystkiego...

piątek, 30 grudnia 2011
Nowy MegaTotal.pl

Wygląda na to, że po długich pracach 19 grudnia 2011 zadebiutowała w sieci nowa odsłona serwisu MegaTotal.pl, roboczo nazywana MT2.0. Do stycznia oba serwisy - stary i nowy - będą funkcjonowały równolegle, po czym wszyscy użytkownicy zostaną przeniesieni do MT2.0. O szczegółach można przeczytać na blogu dotyczącym nowej wersji serwisu.

Uruchomienie nowej wersji serwisu jest trudne z przynajmniej dwóch powodów. Po pierwsze, jest skomplikowane technicznie. Nie znam szczegółów, ale wyobrażam sobie wiele potencjalnych problemów, jakie mogą się pojawić po drodze. 

Po drugie, uruchomienie nowej wersji serwisu wiąże się ze zmianą wielu funkcjonalności. Nie polegają one na zwykłej zmianie wyglądu strony internetowej (choć i to nastąpiło), ale na dogłębnej zmianie reguł funkcjonowania serwisu. Niektóre zmiany były długo oczekiwane przez użytkowników (co ukazały np. te badania). Inne, np. ograniczenie czasowe dla zbieranych sum MT (artysta nie może zbierać środków na nagranie "w nieskończoność") lub ograniczenie możliwości wypłacania środków z kont użytkowników, budzą kontrowersje. Tak to bywa w przypadku dużych zmian, że rozbieżności opinii nie da się uniknąć, pytanie jak poradzą sobie z nimi twórcy serwisu.

Tak czy inaczej, zachęcam do zapoznania się z nową odsłoną serwisu MegaTotal.pl. Trudno w tej chwili oceniać jak w długim terminie zostanie ona odebrana przez użytkowników, niewątpliwie jednak warto samemu wyrobić sobie opinię na temat odświeżonego wyglądu MegaTotal.pl. Wygląda na to, że w najbliższych miesiącach MT2.0 będzie jednym z najciekawszych miejsc w polskim internecie.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
Zakładki:
ENGLISH VERSION
o autorze
serwisy poświęcone netaudio
muzyka: katalog netlabeli (legalne mp3 za darmo)
muzyka stąd (PL, CZ, YU, UA...itd.)
muzyka, kultura: blogi, czasopisma
muzyka: nowości z netlabeli
muzyka: portale (informacje, nowości)
Nauka
Organizacje, wiki
Programy
Zaprzyjaźnione

Biznes Muzyczny: książka o branży fonograficznej

Kliknij aby dowiedzieć się więcej
Ksiazka: Biznes Muzyczny


Add to Technorati Favorites
Creative Commons License
Pewne prawa zastrzeżone
Patryk Gałuszka
katalog blogów - wjo.pl
hit counter