przemysł kulturowy, biznes muzyczny, ekonomia kultury, muzyka popularna, media, fonografia, ekonomia własności intelektualnej, zarządzanie kulturą, marketing muzyki, netlabel, mp3 blog, popular music studies
To w końcu da się zarobić na sprzedaży muzyki on-line czy nie?
Przy okazji jednego z ostatnich wpisów czytelnik podzielił się linkiem, wyrażając jednocześnie życzenie bym "sobie odpowiedział »czy rzeczywiście sprawy wyglądają tak różowo?«". Proszę bardzo, odpowiem nie tylko sobie, ale także wszystkim, którym zechce się to przeczytać.
Zacznijcie od zerknięcia na tę stronę. Zamieszczone jest tam graficzne porównanie przychodów jakie artyści mogą pozyskać z różnych źródeł wraz ze wskazaniem ile nośników artysta musi "sprzedać" by zarobić równowartość minimalnej miesięcznej płacy w USA (zgodnie z podanymi danymi jest to 1160 USD).
Całość zaprezentowana jest w sposób działający na wyobraźnię... ale przysłowiowy diabeł tkwi w szczegółach. I nie mam bynajmniej na myśli samych wartości liczbowych, ale raczej sposób w jaki je zestawiono. Bowiem:
Zestawienie nie bierze pod uwagę tego, że chyba żaden artysta nie zdecyduje sie na umieszczenie muzyki wyłącznie w Rhapsody czy Spotify. Na tym polega specyfika/urok (rodzącego sie cały czas) rynku muzyki cyfrowej, że artysci powinni starać się czerpać przychody z różnych źródeł. Z ekonomicznego punktu widzenia można stwierdzić, że internet ułatwia stosowanie dyskryminacji cenowej, czyli - upraszczając - oferowanie różnych wersji niemal tego samego produktu w różnych cenach różnym konsumentom. Innymi słowy - jeden nabywca zapłaci za płytę CD lub winyl (i przyniesie artyście przyzwoity przychód), inny odsłucha jedynie utwór w Last.fm, przekazując artyście pośrednio jakiś ułamek grosza. Żaden artysta nie powinien się jednak skazywać wyłącznie na groszowe przychody z serwisów subskrypcyjnych czy reklamowych, wiedząc jednocześnie, że na rynku są chętni na kupienie winyla.
W zestawieniu porównano przychody artystów ze sprzedaży płyt wydanych własnym sumptem z dystrybucją muzyki z pomocą wytwórni muzycznych. Oczywiście nic złego w takim porównaniu nie ma, wręcz przeciwnie - trzeba je pokazywać. Warto jednak przy tym pamiętać, że na rynku muzyki on-line też można sprzedawać nagrania bez pośrednictwa wytwórni muzycznej. Oczywiście także w takim wypadku pojawiają się pośrednicy (tzw. agregatorzy), którzy pobiorą od niezależnego artysty prowizję. Zasadniczo ten wariant jest na omawianym grafie pokazany (zerknijcie na "CD Baby MP3 download"), jednak jest on pokazany w odniesieniu do pojedynczego pliku, a nie całego albumu. Nic dziwnego więc, że kategoria "cały album sprzedawany na iTunes z pośrednictwem wytwórni muzycznej"jest wyżej niż "pojedynczy utwór sprzedawany na iTunes z pośrednictwem CD Baby". Jeśli chcieć porównywać obie wartości należałoby porównywać album z albumem lub pojedynczy plik z pojedynczym plikiem. Jeśli przyjąć, że na albumie jest 10 utworów, wówczas sprzedaż na iTunes z pośrednictwem CD Baby przynosi artyście więcej niż sprzedaż na iTunes z pośrednictwem wytwórni muzycznej. Oczywiście każdy wariant ma swoje wady i zalety, jednak dla porządku warto porównywać wartości, które są porównywalne.
Przychody i korzyści jakie artysta uzyskuje dzięki współpracy z wytwórnią muzyczną jest dość trudno porównywać z przychodami i korzyściami z indywidualnego wydawania muzyki. Kontrakty z firmami fonograficznymi są różnorodne, a w wielu przypadkach artyści nie otrzymują od firm fonograficznych żadnych tantiem nagraniowych (na wykresie założono, że pieniądze trafiają do artystów). Z drugiej jednak strony, współpraca taka przynosi artystom pewne korzyści niematerialne (np. łatwość promocji), więc porównywanie tylko i wyłącznie tego ile artysta otrzymuje dzięki jednemu ściągnięciu utworu z iTunes z przychodami niezależnego muzyka jest dość ryzykowne. Oczywiście ten, który współpracuje z firmą fonograficzną otrzyma mniej, jednak ten który działa na własną rękę musi ponieść dużo większy samodzielny wysiłek promocyjny. Siła przebicia firmy fonograficznej jest często nieoceniona, więc trudno jest zestawiać wszystkie te wartości bez brania pod uwagę preferencji i sytuacji artystów. Jedni wolą działać samemu, inni razem z firmą fonograficzną. Każdy zarobi nieco inne pieniądze i poniesie inne koszty.
Zestawienie pokazuje wyłącznie przychody z fonografii, nie pokazuje natomiast przychodów z innych źródeł: tantiem autorskich, tantiem za wykonania, innych przychodów publishingowych, przychodów z koncertów. Ze sprzedaży tylko i wyłącznie nagrań trudno jest wyżyć, nieistotne czy sprzedaje się płyty czy pliki. Jest to smutna prawda, ale nie winiłbym za to wyłącznie internetu.
Można do tego dodać ogólną refleksję dotyczącą tego, że miało być tak fajnie, a nie jest - zarabiać na sprzedaży muzyki w internecie jest ciężko. Bo tu może tkwi paradoks - mimo krytycznych uwag dotyczących tego konkretnego graficznego porównania przychodów, zgadzam się z przesłaniem analizy - rodzący się rynek muzyki w internecie jest bardzo daleki od doskonałości, a artystom jest ciężko. Być może w pewnym sensie ciężej niż w czasach "przedinternetowych" (wiadomo - większa konkurencja, rosnąca niepewność, łatwo się pogubić, nie ma prostych recept na pewny zysk). Problem polega na tym, że nie ma powrotu do czasów "przedinternetowych".
A tak w ogóle - patrząc na to jak słabo rozwinięty jest polski rynek muzyki on-line, to chyba nie doszliśmy jeszcze do tego typu problemów? U nas artyści mają podwójnie trudno - rynek nośników fizycznych zanika, a ten cyfrowy jeszcze się nie narodził. I to jest prawdziwy problem...